Niebieska Tasiemka to nowela obyczajowa. Zapraszam do lektury! Nowy odcinek co tydzień! Miłego czytania
wtorek, 25 października 2011
FACEBOOK - LUBIĘ TO :)
http://www.facebook.com/pages/Niebieska-Tasiemka/172469499449547
środa, 19 października 2011
ODCINEK 38 - MAMA
Cieszę się, że jest weekend. To był męczący tydzień. Nasza firma działa coraz lepiej. Jeszcze dużo do doskonałości, ale są pierwsze zlecenia, co Kornelia traktuje jako dobry znak. Zastanawia mnie, skąd u niej taka niezłomna wiara, że to wszystko się uda. Wolę jednak nie pytać. Ja swój pesymizm chowam głęboko pod łóżko i staram się czerpać jak najwięcej z jej energii i zapału. Doskonale zdaję sobie sprawę, że gdyby nie ona, nie miałabym tyle siły, samozaparcia, woli walki, że to wszystko byłoby wielkim fiaskiem, albo nigdy by nie powstało. Wysyłałabym więc dalej swoje cv czekając, aż ktoś się zlituje nad bibliotekarką z doświadczeniem. Gdybym skończyła studia medyczne, prawnicze, finansowe to co innego. A bibliotekoznawstwo? Średnio pożądany kierunek na rynku pracy. Ale przynajmniej dla ludzi oczytanych i inteligentnych.
Oczy mi się dzisiaj zamykają. Chcę iść spać i marzę o łóżku. Zastanawiam się, czy od razu się położyć, czy jeszcze wejść pod prysznic. Z chęcią zrobiłabym tylko to pierwsze, ale nie lubię kłaść się do łóżka bez kąpieli. Obsesja? Być może. Na szczęście niegroźna. Dużo bardziej niebezpieczną jest Daniel. Obsesja? Zakochanie? Zauroczenie? Jakkolwiek bym tego nie nazwała, objawy są takie same. Drżenie ciała, niespokojne myśli, zamglony wzrok, strach i radość jednocześnie, namiętność i pożądanie.
Kocham Daniela. I kocham Karola. Czy można kochać dwóch facetów jednocześnie? Wiem, że moja miłość do Daniela niszczy wiele, a jeszcze więcej może dopiero zniszczyć. Staram się szukać pozytywnych stron, ale jakoś nie potrafię być obiektywna. Brnę więc dalej w moją zakazaną cudowną i niebezpieczną przygodę. Wiem, że za chwilę ona się skończy, będzie bardziej ograniczona, mniej dostępna.
- Babcia – z przedpokoju dało się słyszeć dzwonek do drzwi, a potem okrzyk moich latorośli!
- Babciu, nie mówiłaś nic, że przyjeżdżasz?
- Zostaniesz u nas?
- Przywiozłaś nam coś?
- A ile zostaniesz?
- A jesteś sama?
- Czym przyjechałaś?
- Mama nic nie mówiła, że będziesz u nas!
- A wiesz, że tatuś wraca w następnym tygodniu!
- A Basia dostała okres! Babciu, co to jest ten okres? Ja też chcę dostać. Czemu ja nie dostaję nic tylko Basia – to głos mojej Asiulki
- A ja już jestem w domu! Na razie nie idę do szpitala! Przytyłam dwa kilo!
- A wiesz, że mama ma nową pracę? Jest teraz… Basia, jak to się nazywa… a… już wiem…Batman
- Nie Batman osiołku, a biznes woman – Basia poprawia Asię, która ostatnio gada jak najęta
- A wiesz, że będę miała chomiczka. Za niedługo mam urodziny i to będzie mój prezent
- Ciocia Sylwia miała do nas wczoraj przyjść, ale jej nie było. Chyba gdzieś wyjechała. Tęsknię za nią.
- A ja mam w szkole zajęcia z baletu – to Basia
- A ja uczę się hiszpańskiego – to Kasia
- A ja zaczęłam chodzić na basen – to Kasia
- A ja mam tańce w przedszkolu – to Asik
- A mama chodzi na atetik – znowu Asik
- Aerobik – poprawia ją Kasia
Jestem pewna, że moje dzieci skutecznie potrafią zamęczyć przekrzykiwaniem, przemądrzaniem, informacjami i pytaniami. Postanowiłam pomóc mojej rodzicielce w walce z trzema potworkami, które nie przestają mówić.
- Cześć mamuś! Co za niespodzianka! – mówię i przeciskam się przez grono jej wiernych fanek, żeby ją uścisnąć!
- Cześć córcia! Mam kilka dni wolnego, to postanowiłam was odwiedzić. Dzwoniłam do ciebie wczoraj wieczorem, ale było zajęte.
To fakt, gadałam z Danielem długo długo - myślę sobie, ale do niczego się nie przyznaję. Już jestem perfekcjonistką w pomijaniu tego tematu. Czyli omijaniu prawdy. Ciekawe czy omijanie prawdy jest mniejszym grzechem niż kłamstwo.
- Więc postanowiłam, że tak czy siak przyjadę i ci trochę pomogę. Siedzisz tu samiutka i nie masz się na kim wesprzeć
- Babciu, mama ma nas – mówi rezolutnie moja najmniejsza pociecha.
- No tak tak! – jakże mogłabym o was zapomnieć!
- A wiecie! Mam coś dla was!
- Prezenty!!! – krzyczy tylko Asia, ale oczy świecą się radośnie u całej trójki
Dwie godziny później, gdy już rozpakowywanie niespodzianek, ściskanie, gadanie o wszystkim i o niczym, przytulanie i przekrzykiwanie wzajemne ustało, dzieciaki poszły do sklepu po kilka rzeczy do kolacji, a ja zrobiłam herbatę i z kubkami w rękach usiadłyśmy z mamą w kuchni.
- Wreszcie chwila spokoju
- Mam cudowne wnuczki.
- Oj tak, potrafią zagadać człowieka.
- A co u ciebie?
- Skąd to pytanie?
- A mama nie może spytać córki, co u niej?
- Chodzi mi o formę pytania – oficjalna i sztywna, zazwyczaj jesteś bardziej bezpośrednia.
- Wydaje ci się – mama się uśmiecha dziwnie i wiem, że to nie chodzi tylko o zwykłe nieformalne zapytanie
- Raczej nie. Kogo jak kogo, ale ciebie znam od urodzenia.
- Ok. Zapytam wprost. Kim jest Daniel?
Uuu. Skąd ona wie o Danielu? Robi się niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie. Poczułam, jak pali mi się grunt pod nogami. Ścisk w żołądku, nerwowy ścisk. W głowie szum.
- Skąd to pytanie?
- Zaczynasz się powtarzać.
- Mamo, nie przekomarzaj się ze mną!
- To dlaczego się tak denerwujesz?
- Bo nie wiem, o co ci chodzi – mówię lekko podniesionym głosem
- Pamiętasz, jak odwiedziłaś mnie w ubiegły piątek z dziewczynkami?
- A dlaczego miałabym nie pamiętać?
- Poszłyście na spacer
- No i? Zawsze przecież chodzimy – jestem trochę niemiła, ale to ze zdenerwowania
- Zostawiłaś telefon na stole. W międzyczasie przyszło na niego blisko 10 smsów od niejakiego „Daniela” oraz były dwa połączenia nieodebrane. Nie chciałam być wścibska, ale komórka tak długo wibrowała na stole, że poszłam ją wyciszyć i wówczas zobaczyłam, kto dzwoni. Potem był sms za smsem. Oczywiście żadnego z nich nie przeczytałam. Byłam wręcz pewna, że to dotyczy pracy, w końcu piątek jest dniem roboczym. Potem wróciłyście, a ty czytając wiadomości, które otrzymałaś zrobiłaś się czerwona na twarzy. I w ogóle jesteś ostatnio taka…. jakby to powiedzieć…. bardziej zadowolona z życia. Co jest sprzeczne z tym, że nie ma męża przy tobie i niedawno straciłaś pracę.
Byłam w szoku, jak dobrze mnie zna. Jak mnie wyczuła. Ze zwykłych obserwacji. Jest dobrą matką. Czy ja tak dobrze znam moje córki, czy umiałabym coś takiego zauważyć.
- Daniel jest kolegą. Poznałam go w bibliotece, gdy jeszcze tam pracowałam. Jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie musisz mi zdradzać szczegółów kochanie. Chcę tylko być pewna, że wiesz, co robisz, że w nic złego się nie pakujesz.
- Nie, to nic złego. Chyba nie – kogo jak kogo, ale własnej mamy nie potrafię kłamać.
- Pamiętaj, że masz rodzinę. Jesteś mamą i masz cudowne dzieci i dobrego męża. W życiu jest tak, że raz jest lepiej a raz gorzej. Dzięki temu, że jest źle, dostrzegamy i doceniamy później te dobre chwile.
- Wiem mamuś, wiem. Czasami czuję się taka zagubiona, nie wiem, co robić, w którą stronę iść. Brakuje mi Karola. A teraz, kiedy ma przyjechać, boję się jego powrotu. Nie wiem, czy coś między nim a Sylwią się nie wydarzyło. Od czasu powrotu z Australii, mało się ze sobą kontaktujemy, prawie w ogóle.
- Wiem. Rozmawiałam z Sylwią. Zadzwoniła do mnie i poprosiła o spotkanie. Martwi się o ciebie, ale czuje też, ze wyrosła między wami bariera, mur nie do zburzenia.
- Ja się odcięłam. Ona też. Jakoś nie potrafimy się porozumieć.
- A zależy ci na tej przyjaźni.
- Sama nie wiem – powiedziałam, choć wiem, że tak naprawdę ogromnie mi jej brakuje. Kornelia po części ją zastąpiła, ale to co innego. Mur wyrósł nie tylko od strony Sylwii, ale także i mojej. Nie potrafiłabym jej powiedzieć o Danielu, a z drugiej strony czuję, że coś ją łączy z Karolem.
Rozmawiałyśmy z mamą jeszcze długo. Gdy szłam spać, napisałam wiadomość do Sylwii: „może się spotkamy”. Odpisała: „jasne”.
środa, 12 października 2011
ODCINEK 37 - TULIPANY
Dzień wypełniony mam po brzegi. Wyprawienie dziewczynek do szkoły i przedszkola, potem wizyta u Kasi, poszukiwania lokalu na biuro i dopinanie spraw związanych z firmą, potem znowu do Kasi, jazda po dziewczynki, zakupy, obiad i tak upływa dzień. Czasem razem z Asią i Basią jedziemy do szpitala. Wówczas jest dużo śmiechu i zabawy. Cieszę się widząc je wszystkie uśmiechnięte i zadowolone. Szczęśliwe i radosne. Zapominam wówczas o całym świecie. One są dla mnie wszystkim.
Wieczorem zasypiam na kanapie. W domu bałagan, ale nie mam siły go posprzątać. Jutro przychodzi pani Halinka. Ogarnie więc wszystko, a my przestaniemy się potykać o przeróżne rzeczy leżące na podłodze.
Dzisiaj muszę posiedzieć dłużej. Mam przygotować wniosek o dofinansowanie. Jak ja nie cierpię takiej papierkowej roboty. Ale co zrobić. Możemy zyskać kilkadziesiąt tysięcy złotych na uruchomienie firmy, a to już coś. Łatwiej zacząć.
Plus w tym wszystkim taki, że nie muszę rozsyłać wszędzie swoich cv, a już nawet wizja mnie samej jako przedsiębiorcy nie jest taka straszna.
W telewizji nie ma nic ciekawego. Same seriale albo jakieś średnio interesujące filmy. Za godzinę Kuba Wojewódzki. Postanawiam, że wtedy zrobię sobie kolację i obejrzę program. W miarę go lubię. Choć wszystko zależy od gości, jakich ma u siebie. Czasem totalni kretyni, a czasem naprawdę fajne osoby. I program wtedy i bardziej interesujący i jakiś taki inteligentniejszy.
Owijam się kocem i z kubkiem kakao siadam na kanapie. Stukam powoli w mój laptop. Klik. „1 nowa wiadomość” – wyświetla komunikat mój program pocztowy.
OD: Daniel
DO: Ala
DATA: 19.04.2011 21.30
TEMAT: tulipany
Czy muminki lubią tulipany?
Ucieszył mnie ten e-mail od niego. Od czasu pamiętnej nocy, gdy wracając nad ranem ze szpitala kazałam pojechać taksówkarzowi pod jego mieszkanie i gdy po chwili chciałam uciec, a on nagle mnie objął, przytulił i zaniósł do swojego królestwa, od tamtego czasu nie widziałam się z nim. Prawie nie kontaktowaliśmy się ze sobą. On wyleciał znowu na tydzień do Stanów, a ja pochłonięta byłam innymi sprawami.
Odpisuję
OD: Ala
Do: Daniel
DATA: 19.04.2011 21:36
TEMAT: Re: tulipany
A lubią lubią
Klik. Kolejna wiadomość.
OD: Daniel
Do: Ala
DATA: 19.04.2011 21:37
TEMAT: Re: Re: tulipany
Otwórz więc drzwi
Co? Mówię sama do siebie. Mimochodem jednak wstaję i idę do przedpokoju. W tym momencie ktoś dzwoni do drzwi. Otwieram, Kurier z bukietem różowych tulipanów. Jest ich tam chyba ze sto. Odbieram. Podpisuję co trzeba i otwieram liścik.
„Chciałbym spać teraz w krainie Muminków. D.”
OD: Ala
Do: Daniel
DATA: 19.04.2011 21:45
TEMAT: RE: Re: Re: tulipany
A co to za prezenty po nocach?
Klik.
OD: Daniel
Do: Ala
DATA: 19.04.2011 21:47
TEMAT: niespodzianki
Słyszałem, ze muminki oprócz tulipanów lubią niespodzianki.
Wow! Jestem w szoku! Naprawdę! Nie pamiętam, by ktokolwiek kiedykolwiek dał mi taki bukiet! Chyba są w nim tulipany z całej kwiaciarni!
OD: Ala
Do: Daniel
DATA: 19.04.2011 21:49
TEMAT: Re: niespodzianki
Oj tak. Bardzo.
OD: Daniel
Do: Ala
DATA: 19.04.2011 21:59
TEMAT: przytulenie
Wtuliłbym się w ciebie
Na kilka dni
Niezależnie
Beztrosko
Być tylko dla siebie i
Żyć tak jak chcemy
Jak pragniemy
Patrzeć na siebie czule
Mieć czas na kilka wtuleń
No proszę proszę! Nie znałam Daniela z tej strony. Boże! Co ja robię?! W jaki związek ja się wciągam! Przecież to wszystko jest farsą. Komediodramatem. A jednak… jednak kocham go. I chcę być z nim.
OD: Ala
Do: Daniel
DATA: 19.04.2011 22:20
TEMAT: Re: przytulenie
A ja…
Oparłabym swą głowę na twym ramieniu
Moje włosy otuliłyby twą szyję
Łzy szczęścia cichutko spłynęłyby na nas
I tak
Spragnieni siebie
Słuchalibyśmy najpiękniejszej muzyki
Która utuliłaby nas
I pozwoliła na bezpieczny cichy sen
Delikatnie głaskałbyś moje włosy
A moje usta spoczęłyby na twoich
Magia pocałunku
Cud miłości
A potem
Gdy sen już odpłynie
Będziemy się kochać w białej pościeli
Będziesz pieścił moje piersi
A ja okryję twą twarz pocałunkami
Przenikając do wnętrza siebie
Unosząc się na wyżyny miłości
Będziemy tylko dla siebie
Trwali w marzeniach nierzeczywistych
Kolejny klik.
- Szybki jest - pomyślałam, a potem zobaczyłam mail od Kornelii. Cholera! Projekt! Niech to szlag! Kwiaty, maile zupełnie oderwały mnie od pracy.
OD: Kornelia
Do: Ala
DATA: 19.04.2011 22:21
TEMAT: wniosek
I jak tam ci idzie?
OD: Ala
Do: Kornelia
DATA: 19.04.2011 22:23
TEMAT: Re: wniosek
Dostałam bukiet tulipanów od D. Nie mogę się skupić na wniosku. Prawdę mówiąc zupełnie o tym zapomniałam. Już biorę się do pracy.
OD: Daniel
Do: Ala
DATA: 19.04.2011 22:24
TEMAT: Re: Re: przytulenie
Wow! Jeszcze bardziej cię kocham. I pragnę. I kocham. Pragnę. Kocham. Pragnę. Kocham.
OD: Daniel
Do: Ala
DATA: 19.04.2011 22:56
TEMAT: ??
Dlaczego milczysz? Coś się stało?
OD: Ala
Do: Daniel
DATA: 19.04.2011 22:59
TEMAT: Re: ??
Kornelia upomina się o moją część wniosku o dofinansowanie.
OD: Daniel
Do: Ala
DATA: 19.04.2011 23:02
TEMAT: Re: Re: ??
A to już nie przeszkadzam
OD: Ala
Do: Daniel
DATA: 19.04.2011 23:05
TEMAT: Re: Re: Re: ??
Nie przeszkadzasz. Rozpraszasz
OD: Daniel
Do: Ala
DATA: 19.04.2011 23:08
TEMAT: Re: Re: Re: Re:??
Uwielbiam cię rozpraszać. I uwielbiam Cię.
OD: Ala
Do: Daniel
DATA: 19.04.2011 23:15
TEMAT: kocham cię
:)
Klik. Tym razem sms.
„Kocham cię mamuś. Wiem, że mi się uda. Nam się uda. Twoja Kasia. P.S. Czy możesz mi przynieść jutro pączka z tej cukierni na rogu? Tego z bitą śmietaną?”
środa, 5 października 2011
ODCINEK 36 - 112
Dziewczynki są podekscytowane. Nie mogą się doczekać. Nawet Kaśka odzyskała trochę energii. Odkąd chodzimy na terapię indywidualną do lekarza zajmującego się problemami osób z bulimią i anoreksją, stała się osowiała i smutna. Zamknęła się w sobie. Cierpi na wspólnych posiłkach, trudno z nią porozmawiać. Ode mnie się odcięła, od Basi też. Najlepszy kontakt ma z Asią. Często ją do siebie przytula, często śpi z nią w nocy. Chyba przy niej czuje się bezpieczna.
Kasia to ciężki temat. Martwię się o nią a niewiele mogę jej pomóc. Wspieram póki co, kocham, jestem przy niej na tyle na ile ona mi pozwala. A pozwala na niewiele.
- Mami! Mami! – ciszę w domu przerywa pisk Asiulki. Wybiega z pokoju siostry. Na jej małej buźce maluje się przerażenie. Jest przestraszona, a z oczek leją się łzy.
- Kochanie! Co się stało – pytam próbując zachować spokój
- Kasia, Kasia – mój maluch wskazuje na pokój siostry
- Boże! – wykrzykuję i lecę we wskazanym kierunku.
Na podłodze leży moja córka. Nieprzytomna. Nie wiem jak długo. Sprawdzam puls. Żyje. Dziękuję Bogu. Szukam komórki. W końcu na stacjonarnym telefonie wystukuję numer 112. Tłumaczę kobiecie, która odebrała, co się stało. Podaję adres. Modlę się o jak najszybsze pojawienie się ambulansu. Niech mi ktoś pomoże!
Asia płacze w kącie pokoju. Zwinięta w kłębuszek nie chce przeszkadzać. Przywołuję ją ręką do siebie. Szybko przychodzi i wtula się we mnie. Uratowała siostrę. Gdyby nie ona, pewnie nie znalazłabym tak szybko Kasi. Dzielny maluszek.
Wydaje mi się, że mija wieczność, zanim przyjeżdżają lekarze. Nie udało mi się ocucić mojej córki. Lekarze działają szybko i sprawnie. Zastrzyki, tlen, rurki. Mnóstwo sprzętu, lekarstw, igieł, pustych fiolek.
Zabierają ją do szpitala. Akurat w międzyczasie, gdy znoszą ją do karetki, przybiega Kornelia, z którą umówiłam się wczoraj i od godziny miałam być na spotkaniu z prawnikiem.
- Co się dzieje. Nie przyszłaś, nie odbierałaś telefonu. Co z Kasią?
- Straciła przytomność. Możesz zostać z Asią? Albo wziąć ją i przyjechać do szpitala. Ja pojadę z nimi – mówię i pokazuję na znikających w windzie lekarzy.
- Jasne jedź! Weź portfel i dokumenty. Mogą być potrzebne.
- I nic się nie martw – dodaje! – Ja się tu wszystkim zaopiekuję.- cała Kornelia.
Zbiegam po schodach w dół. Przeskakuję po 3- 4 stopnie. W ostatniej chwili wskakuję do ambulansu. Na sygnale jedziemy do szpitala. Tak bardzo się boję. Moja córeczka nie otwiera oczu, lekarze nieustannie coś przy niej robią. Nie wiem, o co chodzi. Ufam im. Nic innego mi nie pozostaje. Wierzę, że wiedzą, co robią i że uratują moje dziecko.
Zadają mi pytanie o choroby, uczulenia, niepokojące symptomy. Odpowiadam chaotycznie, szybko, nerwowo . Mylę się, powtarzam. To wdaję się w szczegóły to uogólniam. Mówię o anoreksji, o bulimii, o spotkaniach w szkole, o utracie wagi. Informuję o tabletkach, które ostatnio brała jak złapała ją grypa, o wizycie w Australii, o lekach, których nie toleruje. Dodaję informacje o uczuleniu na orzechy i kakao. Jak mówię to przynajmniej nie zadaję zbędnych pytań. Czas płynie niby szybko a jednak powoli. Dojeżdżamy do szpitala w niecałe 10 minut. Każda z minut ciągnie się okropnie. Pokonaliśmy zakorkowane miasto przedzierając się pasami zieleni.
Potem wszystko dzieje jak w filmie „Ostry dyżur”, tylko szpital troszkę mniej przyjemny, ale za to lekarze przyjaźnie nastawieni. Walczą o moją córkę, a to najważniejsze.
Gdy lekarz pozwala mi zobaczyć Kasię, jestem po kilku kubkach kawy z automatu. Serce wali mi jak młot. Nie wiem czy bardziej ze zdenerwowania czy z ilości kofeiny, którą w siebie wlałam.
- Pani córka odzyskała przytomność. Zrobiliśmy jej wszystkie badania oraz rezonans magnetyczny. Nie widzimy żadnych zmian w mózgu. Niepokojące są natomiast wyniki krwi – mówi doktor Maciej, co odczytuję na jego plakietce.
- To znaczy? – pytam zaniepokojona
- Pani córka ma wykończony organizm. Niemal wszystkie wskaźniki odstają od normy. Zbadamy jej jeszcze żołądek i jelita. Jej przełyk jest wypalony przez kwas żołądkowy, co wskazuje na częste wymioty. Wspominała pani, że córka miała problemy z bulimią.
- Tak, jest pod opieką lekarza psychologa, który specjalizuje się w tym zakresie.
- Córka straciła przytomność, bo jej organizm odmówił posłuszeństwa. Jak już powiedziałem, jest skrajnie wykończony. Oprócz pomocy psychologicznej, musi być pod nadzorem lekarzy.
- Myślałam, że już nie wymiotuje, pilnujemy ją…
- Wymiotowała na kilka minut przed tym zanim wszystko się stało.
- Niemożliwe! – nie wierzę temu, co mi mówi! Przecież byłam w domu! Nie wierzę albo nie chcę! Dlaczego?? Dlaczego to spotyka moje dziecko? Do jasnej cholery! Czy życie nie może być czasami prostsze?
Długo jeszcze rozmawiam z doktorem Maciejem. Zatrzymuje Kasię na tydzień na oddziale. Mogę ją codziennie odwiedzać. Gdy żegnam się z nią, widzę jej podkrążone oczy, zapadnięte policzki. Przy swoich 165 cm waży jedynie 42 kg. Jest blada a jej skóra sucha, odwodniona, pozbawiona minerałów i witamin.
- Mamusiu przepraszam… - szepce mi do ucha, gdy siadam przy jej łóżku. – Nie wiedziałam, że to aż tak. Nie umiem sobie z tym poradzić. Nie mogę. Pomóż mi błagam!
To słowa, na które tak długo czekałam. Modliłam się o to, żeby mi w końcu zaufała, żeby dała sobie pomóc. Do tej pory każdą wyciągniętą rękę odrzucała. Odtrącała i mnie i wszystkich innych. Zamknęła się w sobie nie pozwalając wejść nikomu do środka. Tylko Asia przedostawała się jakąś mysią dziurką.
- Przepraszam mamuś! – jeszcze raz powtarza – Pomożesz mi? – pyta, a jej oczy błagalnie spoglądają na mnie
- Kochanie! Oczywiście! I ja i tatuś i dziewczynki. Wszyscy ci pomożemy. Jesteśmy dla ciebie i z tobą. Tyle na ciebie czekałam. Kocham cię i jesteś dla mnie wszystkim.
- Nie chcę sobie zniszczyć życia. Już zniszczyłam. Nie mam chłopaka, skrzywdziłam was. Zobacz jak wyglądam. Chciałam być szczuplejsza, a wyglądam okropnie.
- Kasiu, damy radę. Zobaczysz – mówię i głęboko w to wierzę! Damy radę! Na przekór wszelkim trudnościom i przeciwieństwom. – Najważniejsze, żebyś ty chciała.
- Chcę mamuś!
- Ufasz mi córeczko?
- Tak. Tak.
- Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa.
Gdy wychodzę ze szpitala, na dworze świta. Zadzwoniłam wcześniej do domu. Kornelia wzięła dziewczynki do siebie. Nie chce mi się wracać do siebie. Proszę taksówkarza, żeby zatrzymał się na Placu Trzech Krzyży. Snuję się sama pustymi ulicami Warszawy. Myśli krążą wokół. Nie mam na sobie kurtki, więc szybko robi mi się zimno.
Wsiadając ponownie do taksówki podaję adres Daniela. Gdy ląduję pod jego domem, wcale nie jestem pewna, czy chcę tam wejść. Czy to nie przez te moje miłosne gierki moja córka ma teraz takie problemy. Obwiniam siebie. Szukam przyczyny i nie potrafię znaleźć.
Brak mi odwagi, by wejść na górę. Odwagi i chęci.
Odwracam się na pięcie i wykręcam numer taksówki. Nagle ktoś obejmuje mnie z tyłu i rozpoznaję Daniela. Znam na pamięć jego zapach i dotyk.
- Nie wejdziesz na górę? - pyta
- Nie wiem – odpowiadam – nie wiem, czy powinnam.
środa, 28 września 2011
ODCINEK 35 - NIEDOPOWIEDZENIA
Zastanawiam się, czy jej przylot tutaj by coś odmienił. Na pewno nie doszłoby do niektórych sytuacji, do zwierzeń, do rozmów, które tak bardzo zacieśniły znajomość z Sylwią. Zresztą ta mała tajemnica, która jest między nami sprawia, że łatwiej rozmawiać z nią niż z Alą – moją żoną.
Tajemnice ostatnio to moja specjalność. Nie jestem fair wobec Ali i dzieci, ale inaczej nie potrafię. Powiedzenie prawdy wiąże się z rozbiciem rodziny. Nie chcę im fundować takiej bardzo wątpliwej przyjemności. Wiem, z czym to się je. Jakieś trzydzieści lat temu moi rodzice zrobili to samo. Rozstali się. Podzielili się dziećmi. Ja zostałem z mamą, a brat z ojcem. Obydwóch od tamtej pory nie widziałem. Wylecieli gdzieś. Głupie rozwiązanie, ale rodzicom wydawało się, że grają fair. Każde po jednym dziecku. Bilans się zgodził, a to najważniejsze.
Moim największym marzeniem przez całą młodość było spotkanie z bratem i ojcem. Mama nie miała z nimi żadnego kontaktu. Nie żądali od siebie alimentów, informacji, raportów ze stanu zdrowia, postępów w nauce. W domu nigdy o nich nie wspominaliśmy. Temat tabu. Niczym seks przedmałżeński. Miałem ukryte cztery zdjęcia z dawnych lat. Na jednym byli rodzice. Na drugim cała nasza czwórka. Potem dwa gdzie jestem ja i Darek. Reszta została schowana i nigdy nie udało mi się ich znaleźć.
Ja miałem nazwisko mamy. Darek taty. Wszystko po równo. Z małym wyjątkiem - ja już nie miałem brata, ani brat mnie. Tutaj coś przestało się zgadzać. Straty zostały wyrównane, gdy mama wyszła powtórnie za mąż w pakiecie z nową siostrą. Później pojawił się brat. Nie było to jednak to samo. Nieustannie brakowało mi Darka. Był ode mnie dwa lata młodszy. I wszystkie zabawy wymyślaliśmy kiedyś razem. Mieliśmy wspólny pokój, wspólne marzenia, wspólne dziecięce tematy. Potem zniknął on, jego łóżko i rzeczy. Została pustka, której nie rozumiałem. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć.
Minął okres mojej złości na mamę, mojego rozczarowania, moich straconych szans. Przestałem się obwiniać o wszystko. Przestałem obwiniać mamę. Zrozumiałem, że nie miałem, nie mam i nie będę miał na to wpływu. W dobie Internetu, rozpowszechnionego facebooka i innych portalów społecznościowych próbowałem szukać Darka, ale bez rezultatu. Nie natrafiłem na żaden, choćby najmniejszy ślad. Więc dałem sobie spokój. Tylko tak mogę normalnie żyć. Pytanie, czy zapomnienie jest najlepszym rozwiązaniem? W tym wypadku chyba tak.
A teraz, po latach, mam zafundować rozstanie moim córeczkom. Zburzyć ich świat, ich wartości, ich nadzieje. O nie. Już wolę trwać w ułudzie swojego związku. Z całego serca pragnę, byśmy byli szczęśliwą rodziną. Ale od wizyty dziewczynek i Sylwii w Australii nie jestem już tak bardzo przekonany, że to możliwe.
Sprawdzając maile nie mogę doczekać się tych od Sylwii. Te od Ali zawierają informacje zdawkowe: „Asia chora. Byłyśmy u lekarza. Zapalenie oskrzeli i antybiotyk”. Sylwia spełnia rolę powiernika. Wie o wszystkim. Jest lojalna bardziej w stosunku do mnie niż do Ali. Właściwie sytuacja na niej to wymusiła. Czuję się nie fair, bo przeze mnie ich przyjaźń się rozsypuje. Nie łatwo im się dogadać, nie łatwo zrozumieć nawzajem. Dzieli ich tajemnica.
„I jak tam Generale” – pisze Sylwia. „Wciąż tak ciężko pracujesz, czy znajdujesz czas na małe przyjemności? Z chęcią przyleciałabym do Sydney i poimprezowała jeszcze z Tobą. Z chęcią przytuliłabym się do sam wiesz kogo. Zazdroszczę słońca. U nas pochmurno i smutno. Bez optymizmu. Chyba wywołam zdjęcia z Australii. Będzie mi lepiej. Tak. Zrobię to. Ściskam. Sylwia”
I znowu wracam pamięcią do tych chwil beztroskich spędzonych z czwórką uroczych dziewczyn. Bawiliśmy się, biegaliśmy, zwiedzaliśmy, szaleliśmy. Nie było czasu na łzy. Był śmiech i radość. Taki zastrzyk energii.
- Panie dyrektorze. Za 5 minut ma pan spotkanie – głos mojej asystentki pomaga mi wrócić do pionu. Siedzę od kilkunastu minut nad zestawieniem kwartalnym i nie mogę się skupić. Dane mam za chwilę zaprezentować na zebraniu zarządu. Krótki czas mrozi krew w żyłach i pozwala się sprężyć. Cztery. Trzy. Dwa. Jeden. Już. Gotowe. Zdążyłem.
Najgorsze to powroty do domu. Samotne wieczory. Samotne kolacje. Kąpiele. Praca jest odpowiedzią na wszystkie te sprawy. Wychodzę z biura, przychodzę do domu, włączam komputer. Albo czytam „Newsweek” i inne takie. No chyba, że wpada Paweł. Wtedy sprawy przybierają inny obrót. Nie ma czasu na nudę. Jest kolacja na mieście, czasem jakieś kino w miłym towarzystwie koleżanek Pawła, squash, tenis, basen.
Dzisiaj Pawła nie będzie. Miał wyjazd do Melbourne. Wróci dopiero w piątek. Kupiłem więc w drodze powrotnej cały stos gazet i zamówiłem kolację w chińskiej knajpie z dostawą do domu.
Na skypie było nieodebrane połączenie. Od Ali. Nie pamiętam, kiedy sama ostatnio do mnie dzwoniła. A może Asia chciała pogadać – zazwyczaj dzwonią od Kaśki lub Basi. Oddzwaniam. Cisza. Drugi raz. Też nic. Spróbuję później – myślę sobie i zabieram się do rozpakowywania makaronu w kartonowym pudełeczku.
Połączenie. Chyba zjedzenie w spokoju nie jest mi dzisiaj dane. To Ala.
- Cześć Karol
- Cześć kochanie. Coś się stało?
- A czy musi się coś stać, żebym mogła do ciebie zadzwonić? – pyta nieco obrażonym tonem i podniesionym głosem.
- Skądże – odpowiadam spokojnie powtarzając sobie w duchu, żeby zachować spokój.
- Chciałam pogadać. Mogę? – mówi już nieco mniej urażona
- Jasne. Co tam?
- Z domowych spraw to Asia jest chora. Pisałam ci maila więc wiesz. Maruda okropna. Miała w nocy temperaturę powyżej 40 stopni więc ani ja ani ona się nie wyspałyśmy. – nie mogę uwierzyć. Moja żona opowiada mi o sytuacji bez znamion pretensji, bez obwiniania, że mnie tam nie ma.
- Przykro mi. A jak teraz się czuje?
- Nawet lepiej. Pani Halinka jest u nas. Zajmuje się małą.
- A co u ciebie? – wydaje się dziś taka radosna. Dawno jej takiej nie widziałem.
- Dobrze. Chyba dobrze. Wiesz, zdecydowałam się na tę firmę z Kornelią. Mamy pewien pomysł i chciałabym usłyszeć twoją opinię na ten temat.
- Bardzo mi miło, że o mnie pomyślałaś.
- Karol, nie żartuj. Nie znam kogoś z lepszym wyczuciem biznesowym niż ty. Chciałabym ci pokazać symulacje zysków no i przedstawić sam pomysł.
Alicja mówiła długo. Rozwijała temat powoli lecz konkretnie. Nie znałem jej z tej strony. Mówiła o wadach i zaletach przedsięwzięcia, o ryzyku biznesowym, o zaangażowaniu środków finansowych, o szansach i zagrożeniach. Taka skupiona na temacie, oddana i przejęta. Podobała mi się taka. Bardzo mi się podobała. Gdy skończyła nastąpiło milczenie.
- Nie podoba ci się? – zapytała
- Podoba. Bardzo mi się podobasz.
- Nie ja tylko nasza firma – zaśmiała się szczerze. Jak dawniej. A gdy odchyliła głowę do tyłu jej włosy opadły na ramiona, a usta zapłonęły białym uśmiechem.
- Super pomysł! Jestem przekonany, że wam się uda. Może jak rozkręcicie interes będziecie potrzebować pracowników. Zwolnię się i zatrudnię u ciebie. Będziesz moją szefową.
Żartowaliśmy jak dawniej. Tak swobodnie, tak zabawnie, sympatycznie. Było miło. Miałem ochotę ją przytulić, objąć.
- Tęsknię za tobą – powiedziała w końcu
- Ja też tęsknię – i była to czysta prawda.
środa, 21 września 2011
ODCINEK 34 - GDAŃSK
Do moich kłopotów mogę jeszcze doliczyć Sylwię, z którą nie sposób się porozumieć po przylocie z Australii. Stała się taka jakaś… obca. Nie dzwonimy do siebie, nie piszemy. Można powiedzieć, że unikamy siebie. Oprócz tego, że była ze mną w szkole na dwóch spotkaniach z psychologiem, prawie się nie widziałyśmy.
Pocieszeniem jest Kornelia oraz Daniel. Ta pierwsza wciąż męczy z tematem naszej wspólnej firmy. Jest uparta i na tym wygrywa! W końcu się poddałam. Przeprowadziłyśmy we dwójkę niezłą burzę mózgów. Ja spisałam swoje pomysły, ona swoje. Rozważałyśmy każdy po kolei. Zdecydowałyśmy się na połączenie jej wyboru z moim i powstał naprawdę ciekawy projekt. Teraz walczymy z różnymi analizami, kalkulacjami i dotacjami.
Kornelia to klawa babka i nieźle mi się z nią dogaduje. Może nie jesteśmy ze sobą tak blisko jak kiedyś z Sylwią, ale jest nieźle. I nawet zaczęłam się cieszyć na ten nasz nowy biznes. To może być coś! I wreszcie przestanę być „bezrobotną” i przejdę w rolę „przedsiębiorcy”. W najśmielszych snach sobie tego nie wyobrażałam.
Klik. Klik. Sms od Daniela.
- Muminie! Co powiesz na weekend w Gdańsku? Mam ochotę przytulać cię całe dwa dni?
- Mam wziąć dzieci?
- A może babcia?
- O tym nie pomyślałam! Zadzwonię!
Podczas gdy ja rozmawiam z mamą przez nasz stacjonarny telefon, on wysyła mi jeszcze kilka wiadomości o treści z lekkim zabarwieniem erotycznym. Pociąga mnie. Uwielbiam go. Jestem przekonana, że gdyby nie dzieci, odeszłabym od Karola. Dzieci są tym, co najtrudniej zaryzykować. Jak w tym wierszu Szymborskiej:
„Dla dzieci pierwszy w życiu koniec świata.
Dla kotka nowy Pan.
Dla pieska nowa Pani.
Dla mebli schody, łomot, wóz i przewóz.
Dla ścian jasne kwadraty po zdjętych obrazach.
Dla sąsiadów z parteru temat, przerwa w nudzie.
Dla samochodu lepiej gdyby były dwa.
Dla poezji, powieści – zgoda, bierz co chcesz.
Gorzej z encyklopedią i sprzętem wideo,
No i z tym poradnikiem poprawnej pisowni,
Gdzie chyba są wskazówki w kwestii dwojga imion
- czy jeszcze łączyć je spójnikiem „i”,
Czy już rozdzielać kropką.”
I z wszystkim bym sobie poradziła, ale pierwszy wers mnie rozbraja. Nie chcę fundować czegoś takiego dzieciakom. One na to nie zasłużyły. Z drugiej strony jednak, chcę mieć szczęśliwe życie. A nie mijać się z mężem. Żyć razem lecz obok. To chyba nie dla mnie. Więc w rezultacie ciągle tkwię w zawieszeniu. Z bagażem wyrzutów sumienia. Jednocześnie nie robiąc nic, aby poprawić swoją sytuację.
No i jak mama? – Daniel pyta w smsie
Jeszcze rozmawiam
Co tak długo?
Opowiada mi ze szczegółami 60-te urodziny swojej koleżanki. Kto był i o czym gadali.
Hmmm. Ciekawe. Zapisuj, żeby mi wszystko potem opowiedzieć.
Tak robię.
I jak muminie? – po kolejnych 15 minutach „klik” na telefonie.
Wciąż urodziny. Temat dawnej sąsiadki.
Bożeee! Jak mam to wytrzymać nerwowo! Rezerwować dwa bilety na lot?
Samolotem?
Pociąg dobrych kilka godzin! Samochód podobnie! Szkoda tracić czasu!
No no! To muszę zwiększyć siłę przetargową u mamy. Na razie przegrywam z urodzinami drugiej koleżanki.
Namów mamę żeby namówiła koleżankę żeby przełożyła.
Nie trzeba. Mama mówi, że i tak jej nie lubi.
Więc co…?
Więc rezerwuj! Lecimy! Gdańsku witaj!!!
Jakimś cudem przetrwałam do piątku. Mama przyjechała już w środę. Dopiero wtedy powiedziałam jej, że wylali mnie z pracy. Nie zmartwiła się jakoś. Zdradziłam jej sekret naszego biznesu z Kornelią. Spodobało jej się. Też chce się zaangażować. Tutaj jednak muszę uważać. Interesy z moją mamą to niebezpieczna rzecz.
W samolocie do Gdańska pełno biznesmanów w koszulach i idealnie skrojonych garniturach. Zaszyliśmy się na swoich siedzeniach, nie mogąc nacieszyć się sobą. Z lotniska wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy prosto do przepięknego dworu w Gdańsku Oliwie. Nie chcąc marnować czasu, zostawiliśmy nasze bagaże w pokoju i przebraliśmy się szybko w luźne dżinsy, buty i kurtki przeciwwiatrowe, bo wiało niemiłosiernie i wybraliśmy się na plażę.
Uwielbiam Jelitkowo. Puste plaże o tej porze roku. Wspaniały piasek, szum morza. Siedzieliśmy schowani za parawanem, który kupiliśmy jakimś cudem za 5 zł w sklepie z dosłownie wszystkim. Cieszyliśmy się sobą. Naszymi ustami - delikatnym muśnięciem warg i namiętnym pocałunkiem. Naszymi ciałami – gdy zimna dłoń smagana wiatrem, który wbijał się nawet do naszego azylu, dotykała moich piersi, moich ud, mojego brzucha. Naszym zapachem – męskimi zdecydowanymi perfumami Lacoste i łagodnym wiosennym zapachem Dolce&Gabbana. Naszymi słowami, w których uwielbialiśmy siebie bezkreśnie, które dopełniały wszystko, łączyły koniec z początkiem, miłość zakazaną z radością, jaką daje. Kochanie. Zakochanie. Umiłowanie.
Wieczorem kolacja w hotelowej restauracji. Piliśmy wino, jedliśmy krewetki w bajecznie smacznym sosie z dodatkiem papryki chilli, potem cudowny deser. Nie mieliśmy już siły na saunę i basen. Nie mieliśmy i nie chcieliśmy. Pragnęliśmy znaleźć się w naszym pokoju. W naszej oazie szczęścia. Szybować w przestworzach. Unieść się na wyspie poduszek jak ptaki. Aby dosięgnąć nieba. Usłyszeć śpiew aniołów, struny harf niebiańskich. Gorące pocałunki obsypały nasze ciała. Deszcz emocji. Wzruszenie. Poruszenie. Dźwięki naszej miłości dolatywały do naszych uszu. Daniel dotykał moich najwrażliwszych sfer. Drżałam. Zabierał mnie do raju swojego świata. Naszego świata. Odkrywanie tajemnic miłości. Jej brzegi nieprzejednane.
- Miłość to TY – wyszeptał, gdy zasypiałam mocno wtulona w niego.
środa, 14 września 2011
ODCINEK 33 - RACHUNEK SUMIENIA
Czuję, że ma przede mną jakąś tajemnicę, a ja swojej też nie do końca potrafię jej ujawnić. I tak jakieś moce odpychają nas od siebie. Mniej wspólnych tematów, dziwne milczenie, pomijanie istotnych wątków.
Przecież jeszcze dwa miesiące temu dzwoniłyśmy do siebie kilka razy dziennie. A teraz? Jakoś się urwało. Telefonujemy sporadycznie. Bardziej żeby przekazać niezbędne informacje niż na „pogaduchy”. Częściej mam kontakt z dziewczynkami niż z Alą. A co najdziwniejsze. Nie brakuje mi tego. A wręcz wzbudza się we mnie dziwny niepokój, kiedy na wyświetlaczu komórki pojawia się napis: „Ala dzwoni”.
Pewnie gdyby nie ten wyjazd do Sydney, wciąż byłoby tak jak dawniej. Ale nie żałuję. No może paru rzeczy, paru sytuacji, które być może niepotrzebnie się zdarzyły, a które mogły przechylić szalę przyjaźni. Bo czuję się tak, jakbym straciła moją najwierniejszą powierniczkę myśli. Za oceanem mi tego nie brakowało, tutaj – w Warszawie – dużo bardziej. Ale mam wrażenie, że Alicja także unika kontaktu ze mną. W jej życiu także zaszła jakaś zmiana, o której nie chce mówić. Nie chce, albo się boi. Na pewno ta sprawa z pracą wybiła ją z rytmu. Głupio zostać zwolnionym. Jeszcze gorzej nie mieć żadnego zajęcia. Ale jest jeszcze chyba coś. Coś, co ciężko mi teraz określić, ale coś, co widać w jej oczach. Taki szczególny błysk.
Mam nadzieję, że wkrótce wszystko wróci do normy sprzed wyjazdu, ale przyznam szczerze, że jakoś mi się nie spieszy do intymnych zwierzeń, opowieści, wyznań. Wolę pewne rzeczy zostawić na później. Tak tak, zdaję sobie sprawę, że nie powinnam tak robić, że i tak mnie to wszystko nie ominie, ale człowiek jest skonstruowany w taki sposób, że jeśli może uniknąć nieprzyjemności, to jej unika. I już. Ja też. Zgodnie ze schematem.
Dzwoni Karol. Chyba dziesiąty raz dzisiejszego dnia.
- Cześć
- No cześć. Nie za dużo tych telefonów? – pytam
- A co, nudzą ci się?
- Nudzić nie nudzą, ale wolę żebyś mnie do nich nie przyzwyczajał, bo potem będę chciała więcej i więcej. A jak pewnego dnia nie zadzwonisz, to będę dobijała się do ciebie drzwiami i oknami.
- Oj wy kobiety!
- Tak już jesteśmy zaprogramowane – mówię i w ciągu kilku minut po raz drugi swoje zachowanie tłumaczę w podobny sposób.
Gadamy o wszystkim i o niczym. On opowiada mi wczorajszą dyskusję z Alą, ja mu o tym, co było w pracy i kiedy ewentualnie istniałaby szansa, żebym przyleciała do Sydney.
- Alicja poprosiła mnie o rozmowę na skypie. Mówiła, że też będziesz i że chce, abyśmy wszyscy w trójkę porozmawiali na jakiś WAŻNY temat.
- Nie wiedziałam, że to aż takie poważne. Mówiła mi o spotkaniu, ale byłam przekonana, że takim w „cztery oczy”.
- Myślisz, że czegoś może się domyślać.
- Nie. Nie sądzę. Zresztą, nie wiem. Ale chyba się troszkę boję.
- Nie masz czego. Pamiętaj. Nic złego nie zrobiłaś.
- Niby tak. Ale dlaczego łatwiej mi rozmawiać z tobą niż z nią?
- Oj, to pewnie ten mój osobisty wdzięk i czar – zaśmiał się Karol próbując rozładować atmosferę. Wcześniej nie znałam go z tej strony. Nie wiedziałam, że ma tak rewelacyjne poczucie humoru. Że kawałami sypie „z rękawa”. A najlepsze „kąski” zostawia na koniec. Zresztą, nie wiedziałam o nim mnóstwo rzeczy. Nie wiedziałam, że lubi czytać książki scince fiction, że lubi Harrego Pottera, że jest duszą towarzystwa. Czyżby Ala tłumiła jego wszystkie zalety? No, a przynajmniej te najlepsze?
Podczas długich wieczorów spędzonych w Australii, gdy dzieci już spały, rozmawialiśmy bez końca. Siedzieliśmy na tarasie, popijaliśmy wino albo drinki i rozkoszowaliśmy się wspólnym towarzystwem, egzotycznością kraju, niepowtarzalnością miejsca.
Początkowo, gdy Karol zapraszał mnie na drinka, odmawiałam i wolałam poleżeć z książką lub pilotem w ręku. Byłam przekonana, że z tym „sztywniakiem” nie zamienię nawet paru słów. Po kilku dniach, dałam się namówić. I co się okazało? Może alkohol zrobił swoje, może odległość od Ali, może brak Polaków na obczyźnie. Nie wiem. Ale wiem, że myliłam się co do niego. Że to super facet. Niezwykle mądry i inteligentny, błyskotliwy i konsekwentny we wszystkich swoich działaniach. I jaki szarmancki.
Przypominam sobie nasz wieczór w ambasadzie. Wystawne przyjęcie, później tańce. Tańczyłam z Karolem. Potem z Jeanem. No i się zakochałam. W Jeanie. Nie w Karolu. A potem przyszło rozczarowanie i leczenie ran po miłosnym zawodzie.
Więc reasumując. Najprawdopodobniej sympatia do Karola oddala mnie od Ali. Dużo mi pomógł. Dużo spraw wyjaśnił. I tam - Australii, czułam się jakby on, ja i dziewczynki byliśmy jedną rodziną. I sama się zdziwiłam, ale… podobała mi się rola żony i matki.
Z Alą umówiona byłam na 20, jak już położy Asię spać i będzie mogła spokojnie wyjść. Nie chciała rozmawiać w domu, co nie wróży nic dobrego. Mam jeszcze cały dzień do przygotowania się na spotkanie z nią i wyznania prawdy. Postanowiłam, że kupię jej jakiś miły upominek. Żeby zatrzeć złe wrażenie. Po pracy wybrałam się do Galerii Mokotów – lubię tam chodzić. Jest spokojnie, w miarę cicho – w porównaniu ze zgiełkiem w Złotych Tarasach – no i jakoś tak przytulniej.
Kupiłam parę rzeczy do swojego mieszkania, a także kostium kąpielowy, bo akurat był taki, na który czatowałam od jakiegoś czasu, prezenciki dla dziewczynek, nowy pokrowiec na mój laptop, dwie bluzeczki i kilka par rajstop.
Gdy miałam już dość i padałam ze zmęczenia, weszłam do ulubionej kawiarni na ulubioną kawę. Mocna espresso. Coś co lubię i bez czego nie przeżyję dnia. Przeglądając newsy w plotkarskiej gazecie, w którą wyposażony był lokal, przyglądałam się współbiesiadnikom. Gość siedzący w rogu sali, oddalony o kilka stolików, kogoś mi przypominał. Nie byłam w stanie sobie przypomnieć, skąd go znam. Niezłe ciacho z niego. Siedział z jakąś laską. Nie widziałam twarzy, bo odwrócona była tyłem. Wzrok przyciągał jej turkusowy sweter. Ostatnio mój ulubiony kolor. Nie miałam czasu jednak na bawienie się w detektywa. Dostałam sms od Ali, że jednak spotkamy się u niej w domu, bo okazało się Kasia wychodzi uczyć się do koleżanki i nie ma z kim zostawić Asi. Zmiana planów. Choć chyba wolałaby knajpkę.
Punktualnie o dwudziestej, z torbę pełną prezentów, zadzwoniłam do mieszkania mojej najlepszej przyjaciółki, jak nigdy pełna obaw i trwogi. Pierwszy raz naciskając dzwonek, nogi uginały się pode mną.
- Cześć. Wejdź – Ala przywitała mnie miło, lecz jej w głosie dało wyczuć się chłód i barierę, która nas dzieliła.
- Coś się stało – zapytałam – nie chciałaś rozmawiać przez telefon.
- Nie chciałam, bo to nie nadaje się na telefoniczne łącza.
- Więc, o co chodzi? – wolałam już mieć to za sobą
- O Kasię. Mam problem.
Próbowałam sobie skojarzyć, czy Kasia mogła coś widzieć, wiedzieć, zauważyć. Ale nie, na pewno nie. Uważaliśmy.
- Co się dzieje?
- Byłam w szkole. Jutro mamy spotkanie z psychologiem. Okazuje się, że Kaśka może mieć anoreksję.
- Co?? – zapytałam z niedowierzaniem, a Ala wyjaśniła mi od początku cały problem.
Odetchnęłam z ulgą, że spotkanie nie dotyczyło mnie i mojego pobytu w Australii. Ala chciała wypytać dokładnie o to, jak Kasia zachowywała się w Sydney, czy jadła, czy nie była apatyczna, czy po posiłkach nie chodziła do toalety. Po prostu, czy zauważyliśmy cokolwiek, co mogłoby być niepokojące.
- Umówiłam się z Karolem na skypie. Porozmawiajmy we trójkę, ok.?
Chciałam jej powiedzieć, że wiem, że Karol już mi mówił, ale się powstrzymałam.
Weszliśmy do pokoju. Na oparciu krzesła wisiał turkusowy sweter. Taki sam, jaki miała dziewczyna w kawiarni.
środa, 7 września 2011
ODCINEK 32 - CYNAMON
A jeszcze te pomysły dla Kornelii. Muszę coś wymyśleć, bo już dwa razy przekładałam spotkanie, wyjaśniałam też, że ja chyba się do tego nie nadaję, że nigdy nie miałam nic wspólnego z rozkręcaniem i prowadzeniem własnej firmy. Ale ona nie słucha moich tłumaczeń. Niby że się wykręcam i nie mam racji. Cała Kornelia. Nie popuści jak się uprze.
Z drugiej strony lepiej podjąć ryzyko niż siedzieć bezczynnie w domu, a powiedzmy sobie szczerze, pracy dla bibliotekarki dyplomowej nie ma. Dlaczego więc nie spróbować – tak mówi Kornelia i chyba ma rację. Najwyżej swój czas, zamiast na siedzenie bezczynne poświęcę na coś kreatywnego. I czegoś się też nauczę. Nie chcę być zależna od Karola przez całe życie – chociaż i tak zdaję sobie sprawę z tego, że siłą rzeczy jestem.
Wczoraj rozmawialiśmy długo. Pierwszy raz od dłuuugiego czasu miałam z nim o czym rozmawiać. Poddał mi nawet kilka pomysłów na nowy biznes, choć mam wrażenie, że nie do końca wierzy w nasz sukces. Z drugiej strony patrząc, skoro ja nie jestem przekonana, czy się uda, to z jakiej racji on ma być tego pewien. Moje wyrzuty sumienia powodują, że jestem bardziej wyrozumiała w stosunku do niego. I mimo że przez telefon ciężko o jakieś wyznania miłości, tym razem nam się udało powiedzieć kilka słów więcej poza standardowymi: „kocham cię”, „tęsknię”, „pusto bez ciebie”, „brakuje mi nas”.
Czy kocham wciąż Karola? Jestem przekonana, że tak, choć co to za miłość, która może ranić, w której brak szczerości i zaufania. Nie winię go za to, że wyjechał. Nie traktuję też tego jako usprawiedliwienia swoich poczynań. Obydwoje podjęliśmy taką decyzję, wiedzieliśmy, z czym wiąże się rozstanie na dłużej. A jednak wiedza to co innego, w praktyce rozstania są dużo cięższe. Ale, jeśli już powiedzieliśmy „A”, musimy powiedzieć „B”.
- Mamo! – Basia krzyczy z pokoju – za ile wychodzisz na to zebranie?
- Już – krzyczę z łazienki malując rzęsy
- A kupisz mi po drodze klej, bo właśnie mi się skończył, a muszę wziąć jutro do szkoły?
- Kupię – odpowiadam i modlę się w duchu, żebym nie zapomniała.
Wybiegam z domu spóźniona. Do przedszkola dojeżdżam punktualnie. Dobrze, że nie ma większych korków i przedostanie się przez ruchliwe rondo zajmuje mi jedynie parę minut. Siedzenie na małych stołeczkach jest męczące, ale czego się nie robi dla dzieci. Tematy powoli się kończą. Angielski, rytmika, tańce, wycieczki, koncerty, teatrzyki. Asia ma być panią wiosną w przedstawieniu w najbliższym tygodniu. Dochodzi mi więc uszycie stroju. Z głową pełną informacji wybiegam przed końcem spotkania, żeby zdążyć na drugie u Kasi. Tutaj już mniej zabawnie i wesoło. Matura, obowiązki, problemy, uwagi, oceny, nieobecności, wagary. Oczywiście nie wszystko dotyczy mojej córki, ale przeraża mnie fakt, że przed coraz mniejszą ilością groźnych sytuacji mogę ją teraz ochronić. To ciężkie dla matki. Pozostaje mi jedynie wiara w to, że przekazywane przez lata wartości teraz zaowocują i przyniosą pożądane rezultaty.
- Proszę jeszcze o zostanie kilka osób – mówi wychowawczyni na zakończenie i wymienia parę nazwisk. W tym moje. Krępują mnie takie sytuacje. Nigdy nie wiem, z czym się wiąże takie dłuższe pozostanie w sali i ogarnia mnie dziwne przeczucie, że nie wszystko jest w zupełnym porządku.
- Szanowni państwo. Poprosiłam o spotkanie w wąskim gronie, ponieważ sprawa, o której chciałam porozmawiać jest bardzo delikatna – rozpoczyna pani Teresa, a osiem par oczu spogląda na nią z niemałym zaciekawieniem i niepokojem.
- Czy coś się stało? – pyta ojciec jednej z koleżanek Kasi.
- Nie wiemy dokładnie, nie mamy nic potwierdzonego, ale na kilku niepokojących sytuacjach oparliśmy nasze podejrzenia. Chodzi o kwestię diety wśród państwa dzieci.
- Diety? – ktoś powtarza z niedowierzaniem
- Tak. Czy nie mają państwo wrażenia, że państwa dzieci w ostatnim czasie znacznie spadły na wadze?
Kilkoro rodziców kiwa głową, nikt się nie odzywa.
- My też to zaobserwowaliśmy. Zwłaszcza wśród dziewczyn. Ale sprawa dotyczy również paru chłopców. Z tego co wiemy, powstała w szkole grupa, która skupia osoby pragnące zrzucić kilka kilogramów. Nie było to groźne na początku, jednak po obserwacjach psychologa szkolnego okazuje się, że problem jest poważny. Szanowni państwo, z przykrością i wielką troską o naszą młodzież muszę stwierdzić, że nasi wychowankowie mają problem z bulimią oraz anoreksją.
Siet! Przecież mogłam zauważyć. Nie skojarzyłam niechęci do jedzenia, utraty wagi Kaśki z tak poważnymi kwestiami. Zwaliłam odpowiedzialność na pobyt w Australii, zmiany klimatyczne i takie tam inne.
- Musimy zacząć działać – kontynuuje pani Teresa. – Jeszcze możemy zareagować. Jednak potrzebujemy wsparcia, gdyż zazwyczaj w tego typu przypadkach chęć pomocy dzieciom skutkuje odrzuceniem wyciągniętej ręki i coraz większą izolacją od świata.
I pomyśleć, że czytając o tych problemach w gazetach nigdy nie pomyślałabym, że będziemy się z nimi zmagać w naszej rodzinie.
- Czy możemy spotkać się w piątek o godzinie osiemnastej w sali konferencyjnej naszej szkoły. Zaproszona została pani psycholog, specjalista-dietetyk oraz psychiatra.
- Psychiatra?! – odburknęła jedna matka – Robicie czubków z naszych dzieci?
- Pani Ewo, to tylko konsultacja, pomoc, która niektórym na pewno będzie potrzebna. Zaproszony psychiatra specjalizuje się w leczeniu zaburzeń odżywiania. Proszę pamiętać, że lepiej posiadać dokładną wiedzę na ten temat niż nic nie działać i wejść do tunelu bez możliwości powrotu.
- Głupoty jakieś! – nie daje za wygraną pani w różowym sweterku, która sama jest chuda jak makaron spaghetti. – To, że się odchudzają to nic złego. Moja córka zrzuciła w ciągu czterech miesięcy siedem kilo. To godne uznania.
- Spotkajmy się w piątek, dobrze – pani Teresa próbuje załagodzić sytuację, a jednak nie wchodzić na wojenną ścieżkę. – To tylko podejrzenia, pewnie część z nich nie dotyczy państwa dzieci, ale chcemy jak najszybciej zająć się tą sprawą. Zawsze lepiej jest dmuchać na zimne.
- No właśnie. Mojej Renatki to na pewno nie obejmuje – dodaje różowa piękność z natapirowanymi włoskami.
- Mam taką nadzieję, jednak proszę poobserwować dzieci przez te kilka dni. Zapisać swoje spostrzeżenia na kartkach, to nam się przyda.
Siedzieliśmy w sali jeszcze kilka minut. Nie wiedziałam, co zrobić. Wiadomość wychowawczyni zbiła mnie z tropu i mimo że podejrzewałam coś wcześniej, nie zdawałam sobie sprawy, że to tak poważny problem.
Na moim telefonie, który przez przypadek zostawiłam w aucie, widniały nieodebrane połączenia od Daniela. „Może się spotkamy” napisał w smsie. „Gdzie” zapytałam wysyłając krótką wiadomość. Chciałam być teraz z kimś. Nie ciągle sama. Potrzebowałam wsparcia, kogoś, kto może się mną zaopiekować. Umówiliśmy się u niego. Zadzwoniłam tylko do dziewczynek, żeby położyły Asię spać, a ja przyjdę później, bo mam spotkanie z … Kornelią. Skłamałam i zdziwiłam się, jak łatwo przychodzi mi mówienie nieprawdy.
W mieszkaniu Daniela poczułam się radośnie. Jakbym weszła w inny wymiar. Cały salon wypełniał blask świec, które były dosłownie wszędzie.
- Wow! To na moją cześć? – zapytałam, gdy trzymał mnie w swoich ramionach
- Dla ciebie. Tylko dla ciebie. Tak dawno cię nie widziałem. Tęskniłem.
- Brakowało mi ciebie
- Bez ciebie usycham. Jesteś mi potrzebna i nie potrafię bez ciebie funkcjonować
- A te ostatnie tygodnie?
- Były jak mantra. Nudziłem się. Potwornie. Mój muminku! Witaj w swojej chatce.
Tak bardzo go kochałam. Tak bardzo. I nie mogłam z nim być. Nie mógł być mój a ja jego. Poza naszym “tajemniczym ogrodem”, do którego oprócz pana Adama z Zakopanego nie mogliśmy zaprosić nikogo innego, nie istnieliśmy jako para. Jako znajomi, owszem. Ale nie chciałam, żebyśmy byli tylko „znajomymi”. „Znajomą” jest też moja sąsiadka, „znajomym” sprzedawca w sklepie osiedlowym. A Daniel… no właśnie… kim jest? Jeśli rozsądnie spojrzeć, to społeczeństwo nazwałoby go „kochankiem”, ewentualnie „konkubentem”. Oj tak, dla ludzi ważne jest nazewnictwo. Żeby wiedzieć, kto jest czyim szwagrem, pierwszym mężem, drugą żoną. Lubimy nazywać i lubimy porównywać. Ten jest lepszy, przystojniejszy, tamta ma większe piersi, niezłą pupę, tamten był wyższy, niższy, grubszy, chudszy. Zatopiłam się w tych myślach tak, że zauważył to Daniel.
- A co pani tak posmutniała – zapytał zmienionym tonem.
Byłam wściekła - czytał ze mnie jak z otwartej książki. W sumie nie było w tym nic złego, ale jakoś wydawało mi się to nienaturalne. Daniel jednak nie pociągnął wątku. Zapytał tylko czy mogę zrobić mu gorącą czekoladę z cynamonem, a prośbę opatrzył znów tym szelmowskim uśmiechem, któremu nie potrafiłam się oprzeć.
- O Ty! – rzuciłam w niego poduszką, a on objął mnie w pasie. W tle muzyka Sade podsyciła atmosferę. Takiego miłosnego uniesienia nie przeżyłam nigdy. Kochaliśmy się bez opamiętania. Usta wędrowały po ciałach, kropelki potu mieszały się z zapachem szamponu do włosów.
- Smakujesz idealnie – wyszeptał
- Lepiej niż cynamon?
- Znacznie….
Uwielbiałam, gdy swoimi wargami muskał wnętrze moich ud. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak czułe jest to miejsce. Daniel był świetnym kochankiem. Całował rewelacyjnie, jeszcze lepiej było w łóżku. Po raz pierwszy trafiłam na kogoś, dla kogo moje potrzeby i moja satysfakcja była na równi z własną.
Obudziłam się w białej pościeli. Wtulona w niego. Światło księżyca przebijało się przez niedokładnie zaciągniętą kotarę. Wymsknęłam się z objęć Daniela, aby go nie obudzić. Patrzyłam na jego twarz oświetloną bladym światłem. Kocham go, pomyślałam i łzy napłynęły mi do oczu.
- Dlaczego życie musi być tak skomplikowane? Dlaczego wybory muszą być takie trudne – zastanawiałam się w kuchni.
Wróciłam do pokoju z tacą. Była na niej gorąca czekolada z cynamonem
- Co to za boski zapach? – Daniel przebudził się od mojego szurania kapciami
- Zgadnij – powiedziałam i otarłam ręką policzek.
- Płakałaś?
Skinęłam głową.
środa, 31 sierpnia 2011
ODCINEK 31 - W ZAWIESZENIU
Jednak brak rutyny jest jeszcze gorszy. Od półtora miesiąca jestem bez pracy i trafia mnie szlag we własnym domu. Przez pierwsze trzy tygodnie nie mówiłam nic dziewczynkom. Potem ukrywanie było coraz trudniejsze, więc w końcu się przyznałam. Chyba coś podejrzewały, bo nie były jakoś zdziwione. No i za bardzo się też nie przejęły.
Jestem wkurzona. Nie mam pracy. I to nie chodzi o mój dochód. Mam 3-miesięczną odprawę, która póki co gwarantuje mi przypływ gotówki na konto. Ale też powiedzmy sobie szczerze, że te moje pieniądze są niczym, przy całych naszych kosztach życia. Odkładałam je na osobne konto pod hasłem „na wakacje”. Jednak jak dotąd, nie skorzystaliśmy z jego zasobów.
Karol powiedział, że to właściwie dobrze. Odpocznę sobie, nacieszę się dziećmi, wolnością. Przypomniał mi, jak zawsze w piosence z musicalu Metro, zazdrościłam Janowskiemu, który śpiewał:
Po pierwszym śniadaniu biegniecie za metrem
Powrotny autobus zabiera was z pracy
Potem szybkie "dobranoc" i parę słów szeptem
Bez nadziei, że będzie inaczej
Codzienne gazety, wieczorne dzienniki
Te same zajęcia w tych samych godzinach
Połykane co wieczór nasenne pastylki
Bardzo rzadkie wycieczki do kina.
A ja nie. Po prostu - nie.
Mnie się to - mnie to się nie podoba
niech się dzieje
Niech dzieje się co chce
Nie pożyczam, bo świat mi nie odda.
Ja to znam, po prostu znam
I nie będę -nie będę następny
Który szuka, szuka, choć wie
Że labirynt jest wszędzie zamknięty.
Codziennie bez zmiany i wczoraj i jutro
Żyjecie dokładnie tak samo, jak dziś
Nastawiacie, jak zawsze, budziki na siódmą
Bo musicie co rano gdzieś iść.
I że zawsze chciałam żyć swoim nieuporządkowanym życiem, które mimo wszystko z biegiem czasu stało się bardziej uporządkowane niż ja sama. Kwestia posiadania dzieci wymusza pewien porządek i rutynę. One czują się wówczas bezpieczniejsze. No, przynajmniej te mniejsze. Taka Kaśka to już zupełnie co innego.
Cieszę się, że mogę być mamą na cały etat, ale moje dzieci (z wyjątkiem Asi) tego już nie potrzebują. Mają własne życie, własne światy. Nie jestem im potrzebna 24 godziny na dobę. Asi w sumie też nie, odkąd poszła do przedszkola. Więc moje siedzenie w domu nie ma tego uzasadnienia.
Gdy już zrobiłam gruntowne porządki we wszystkich szafach, gdy umyłam okna, przemalowałam sypialnię, kupiłam poduszki i zmieniłam wystrój salonu. Po tym jak zleciłam wyczyszczenie sofy, która z delikatnie brązowej wróciła do swojego koloru ecruie. A następnie krawcowa uszyła mi na nią wspaniałe kapy i dodatkowo jeszcze zasłony do pokoi. I to był koniec. Straciłam zapał.
Po tym etapie przyszedł etap spotkań ze znajomymi. Zaczęłam wychodzić do kawiarenek, cieszyć się wolnością, spotykać z długo niewidzianymi koleżankami. Ale wkurzało mnie to, że ja zawsze mam czas, a one mało kiedy. Też rozmowy były ciężkie.
- Przykro mi, że cię zwolnili
- Noo
- Ale na pewno znajdziesz coś fajniejszego
- Z pewnością
- To co robisz z tym wolnym czasem? Boże jak ja chciałabym mieć tak kilka dni tylko dla siebie! Co bym za to dała!...
I tak dalej i tak dalej. W kółko to samo. Przewidywałam scenariusz rozmowy niczym twórca serialu filmowego. Po tygodniu miałam dość tych spotkań i sztucznych uśmiechów.
Sylwii nawet nic nie powiedziałam. I nie dlatego, że nie chciałam. Po powrocie z Australii widziałam się z nią może ze trzy razy. I to bez szans na osobistą rozmowę, bo dziewczynki non stop były z nami. Miały wspólne tematy, wspólne przeżycia. Poczułam się trochę odrzucona. I smutno mi było, że tak trudno cieszyć mi się razem z nimi wakacyjnymi wspomnieniami.
A przecież ja za to mam wspomnienia z Danielem. Wyjątkowe. Tylko moje. I tutaj chyba najbardziej mnie to irytuje. Nie mogę z nikim, ale to z NIKIM o tym pogadać. Nacieszyć się i wyżalić. Czasami coś wspominam Kornelii, z którą ostatnio mam niezły kontakt. Czyli całkiem odwrotnie niż z Danielem, z którym nie widziałam się od czasu naszego przyjazdu z Zakopanego. Dzwonimy do siebie, piszemy maile, ale spotkania nie było. Zwłaszcza, że on wyjechał na delegację do Chicago na trzy tygodnie. Proponował, żebym leciała z nim, ale z wiadomych względów – odmówiłam. Choć chciałam. I to bardzo. Ale żyjemy w osobnych światach. Wiemy to doskonale, zawsze wiedzieliśmy, ale co innego wiedzieć, a co innego zmagać się z tym faktem w rzeczywistości. Druga opcja boli dotkliwie.
O 15.00 jestem umówiona z Kornelią w Starbucks. Wyjście z domu zajmuje mi dużo więcej czasu niż kiedyś. W ogóle wszystko robię wolniej i czepiam się szczegółów. Pretensje ma o to do mnie zwłaszcza Kaśka, która buntuje się na każdym kroku. Zwłaszcza, jeśli wspomnę o jedzeniu. Wróciła taka chuda z tej Australii, że wszystko na niej wisi. A jeść nie chce. Ostatnio nawet powiedziała, że wspólne posiłki są bezsensowne i każdy powinien jeść sam. Ona najchętniej zamknęłaby się ze swoją porcją zupy we własnym pokoju i spędziła nad nią cały wieczór. Kilka razy chciałam z nią pogadać, ale zamyka się w sobie i daje zdawkowe odpowiedzi. Chyba miał rację ten, kto powiedział, że „małe dzieci mały kłopot, a duże dzieci duży kłopot”. Ale mam nadzieję, że ten wiek dojrzewania jakoś przetrwamy.
- No hej – witam się z Kornelią i całuję ją w policzek
- Co u ciebie?
- Spokojnie, aż za bardzo – odpowiadam szczerze
- U mnie też. Zrezygnowałam z pracy – wyznaje Kornelia, która miesiąc temu znalazła pracę w Tesco, jako asystentka kierownika.
- Co się stało?
- A miałam dość tego dupka. Wiesz, że zaczął mnie podrywać. To tu dotknął, to tam.
- No coś ty? Na to są paragrafy.
- Ta ta… paragrafy swoją drogą, a życie swoją. W nosie mam walkę z kretynami, choć może i by się gnojek nauczył, gdzie jego miejsce i trzymałby łapki przy sobie.
- No właśnie…
- Ale nie mam czasu na walkę z urzędnikami, sądami, prawem pracy itd. Muszę zarobić pieniądze.
- Aż tak krucho?
- Tak strasznie źle nie jest, ale wiesz, oszczędności szybko topnieją, zwłaszcza, że koszty życia wysokie.
- To co planujesz?
- Zakładam własną firmę! – powiedziała dumnie
- No proszę! Gratuluję decyzji. Osobiście uważam, że właściwa. Nie znam nikogo, kto by się bardziej nadawał do tego niż ty
- Ale to nie wszystko – dodała
- To znaczy?
- Chciałam ci zaproponować, żebyśmy wspólnie coś otworzyły. Jakiś wspólny biznes. No oczywiście musi być dochodowy – zaśmiała się Kornelia
- Ja i własna firma?
- Nie. Ty, ja i nasza firma!
- Hmmm… powiem ci, że zaskakujesz!
- To co, wchodzisz w to? – zapytała, gdy widziała moją zdumioną twarz pełną obaw i niepewności, a jednocześnie z pierwszymi promykami nadziei od długiego czasu.
- Kurcze. Nie wiem. Zaskoczyłaś mnie.
- Wiem. Ale obiecaj, że przemyślisz sprawę.
- Ok. A co to miałoby być?
- Tutaj pole do popisu. Mam kilka propozycji, ale chciałam, żebyś najpierw wymyśliła jeszcze swoje. Zrobimy burzę mózgów i zaczynamy! No oczywiście, jak się zgodzisz.
- Zaskakujesz koleżanko. Oj zaskakujesz. Ale to miłe!
środa, 24 sierpnia 2011
ODCINEK 30 - SLIM FAST
Szkoda, że z nami tutaj nie przyjechała, można byłoby wszystko od razu ustalić. No i przekonałaby się, dlaczego chcę tutaj być. Jeśli nie zobaczyła Australii, to nie zrozumie, o co mi chodzi. Może Basia i ciocia Sylwia pomogą mi ją przekonać. No i tatko.
Fajnie tu jest. Mniej kontroli niż w domu. Tato pozwala mi na wiele i nie sprawdza. No i schudłam kolejne 2 kilogramy, co jest sporym sukcesem. W domu nie udało mi się tego zrobić, bo mama w kółko spoglądała na nasze talerze, a i chodzenie do toalety zaraz po posiłku nie było takie proste. Tutaj mam jakby ułatwione zadanie. Po obiedzie Aśka i Baśka wychodzą do ogrodu albo zajmują się czymś innym. Ja mogę iść na górę, wypić swoje herbatki odchudzające lub zamknąć się w ubikacji, gdzie nikt nie słyszy, co robię.
Zazdroszczę trochę moim siostrom, że nie myślą w kółko o jedzeniu, o tym, co ile ma kalorii, czy już przekroczyłam 500 a może 1000 kcal. Ogólnie staram się jeść tylko warzywa i owoce. Tu w Sydney to żaden problem, zwłaszcza o tej porze roku. Wszystko co zjem poza tym, zwracam zaraz po posiłku. Głupie? Tak! Głupie i idiotyczne, ale tak wkręciłam się w to kontrolowanie wagi, że trudno jest mi skupić uwagę na czymś innym.
Staram się wyrzucić z pamięci moment, kiedy to się zaczęło. To był zimny listopadowy dzień. Było tak ponuro, że nosa nie chciało się nikomu wystawiać poza własne łóżko. Jakimś cudem zmusiłam się, żeby wstać. Mamy już nie było, bo musiała iść wcześniej do biblioteki. Dotarłam do szkoły kilka minut przed czasem. Pierwszy W-F.
Przebierałyśmy się z dziewczynami w szatni.
- Aga, zrób coś z tymi swoimi udami – Michalina była bezwzględna i prosto z mostu mówiła to, o czym myśli.
- To znaczy co? – zapytała Agnieszka zupełnie zdezorientowana
- No zobacz sama. Cellulit masz wszędzie, w dodatku takie grube jakieś, nieproporcjonalne – wypaliła Miśka
- Odwal się! – Aga spławiła ją jednym słowem. Nie dała sobie dmuchać w kaszę. – Moje uda to mój problem
- Może i twój. Dziwię się tylko Przemkowi, że chce w ogóle na ciebie patrzeć
- Przesadzasz! Wiesz o tym – była już ostro wkurzona. Zwłaszcza, że związek z Przemkiem to czuły punkt. Nie chciała o nim za bardzo mówić. Nie przechwalała się nigdy, mimo że wszyscy widzieli, że jest szczęśliwa. I, moim zdaniem, po części jej tego wszystkiego zazdrościliśmy. Pewności siebie, dobrych wyników, wiary we własne przekonania, Przemka…
- Wcale się nie zdziwię, gdy on ją niedługo rzuci – Michalina wyszeptała do nas, gdy Agnieszka poszła na salę gimnastyczną.
- Ale chyba przegięłaś - odezwała się nagle Monika
- No coś ty! Powinna zrzucić parę kilo. Mówiłam to dla jej dobra.
- A może ona nie chce stosować żadnych diet?
- Przecież nie musi!
- Jak to? – zapytałam mimochodem, mimo że temat odchudzania mnie nie dotyczył. Raczej nie miałam tego typu problemów.
- A co z choinki się urwałaś? – Michalina była wściekła na dziewczyny
- Nie rozumiem… - powiedziałam i żałowałam, że wcześniej zadałam pytanie.
- He He, słyszycie! Ona nie rozumie! A ile ty ważysz?
- 55 kilogramów
- No to przynajmniej pięć powinnaś zrzucić!
- Ja? – zapytałam
- No a kto? Duch Święty?
- Nigdy się nie odchudzałam…. Myślałam, że nie muszę…
- Tu nie trzeba myśleć tylko działać
- Michalina, przestań już! – Monika nie mogła patrzeć, jak wyżywa się na mnie
- A co? Obrońcą uciemiężnionych jesteś?
- Wychodzę, mam dość kretyńskiej dyskusji – i rzeczywiście wyszła. Też miałam ochotę uciec z tej paszczy lwa.
- Kolejna z głowy! I dobrze - Michalina pewna siebie, mrugnęła do nas zwycięsko . – I niech nie mówi mi, że ona nie rzyga. Jest taka chuda, że szok. Matka natura jej takiej nie stworzyła.
- Co? – nie wierzyłam temu, co usłyszałam. – Co masz na myśli?
- A myślisz, że jak tracimy wagę? Kilogram za kilogramem mniej. Pamiętasz, we wrześniu jak wróciłam z wakacji był ze mnie niezły pączek. Dzisiaj ważę 8 kilo mniej – powiedziała dumna z siebie.
- No ale mówiłaś, że dieta…
- Dieta arieta. Żadna dieta tu nie pomoże. Zwłaszcza, że trzeba jeść, co ci starzy ugotują. Więc zamiast unikać posiłków, lepiej załatwić zaraz po nich sprawę w toalecie. Można jeść do woli i chudnąć.
Przecież to bulimia! Wołałam w środku! Przecież rozmawialiśmy na lekcjach, jakie to niebezpieczne. Ile problemów. I że ona tak…
- Jak chcesz możesz dołączyć do nas?
- Do was? – zdziwiona tym, że jest ich więcej
- Tak. Lilka, Olka, Martyna, Friku, Mycha i kilka z innych klas. Niektóre straciły po 15 kilogramów. Ty też musisz, jeśli chcesz zachować Kubę przy sobie.
Tego samego dnia po obiedzie spróbowałam po raz pierwszy. Poszło bez problemu. Nikt nic nie zauważył. I tak poszło. Najpierw tylko obiady, później kolacje, buszowanie po lodówce, zjadanie wszystkiego, co było dostępne, a następnie opróżnianie żołądka w prosty dosyć sposób.
Zawsze miałam przy sobie szczoteczkę i pastę do zębów. W razie czego. Po pierwsze nie chciałam, żeby czuć było ode mnie ten zapach okropny, a po drugie bałam się o swoje zęby.
Obsesyjnie zaczęłam liczyć kalorie. Myślenie o jedzeniu, a bardziej niż o jedzeniu to o niejedzeniu, stało się codziennym rytuałem. Wiedziałam, że moje ulubione awokado, takie niepozorne z wyglądu, to ponad 300 kcal. Ukochane bezy, które pani w szkolnym sklepiku domu piecze sama i sprzedaje po sztuk pięć, mają ponad 500 kcal. Tyle samo mają naleśniki z serem. Ciężko jest jeść te wszystkie smakołyki, jeśli człowiek naprawdę chce zgubić zbędne kilogramy. Więc jak gdyby opcja z „toaletą” jest idealnym rozwiązaniem dla łakomczuchów takich jak ja.
Teraz, po czterech miesiącach tak zwanej „diety” ważę 48 kg. Ciągle jednak wydaje mi się, że to jeszcze za dużo. I mimo że chciałabym czasami wrócić do życia sprzed rozmowy z szatni, to nie potrafiłam. I nie czułam się z tym dobrze. Do szału doprowadzało mnie wieczne skupianie się na posiłkach. Nienawidziłam swojego odbicia w lustrze, gdy podnosiłam głowę znad toalety – załzawione oczy, ślina wokół ust, zabrudzona ręka i ten zapach, który unosi się w powietrzu. Nienawidziłam, a nie potrafiłam powiedzieć sobie „dość”. Dlatego z „obżerania się” przechodzę coraz bardziej na „poszczenie”. I chyba tę opcję wolę.
Boję się powrotu do Warszawy. Co będzie, jak mama zauważy. Kiedyś słyszałam, jak ciocia Sylwia wspominała jej przez telefon, że schudłam. Żeby tylko się nie czepiała i nie pilnowała przy posiłkach. A nawet gdyby, to coś wymyślę, żeby jeść w terminach innych niż pozostała część rodziny. To znaczy: nie jesć!
Ciekawe tylko, co na to powie Kuba. Już przed wyjazdem wkurzał się, że nie chciałam chodzić na pizzę lub do kawiarni na lody.
- Co z tobą? – zapytał któregoś wieczoru
- Nie wiem, o co pytasz – udałam, że nie kojarzę
- Nie bądź dziecinna. Dlaczego nic nie jesz? Odchudzasz się, jak te głupie laski z naszej klasy.
- Ja?
- Ty! Zmieniłaś się. Ciężko z tobą pogadać. Nie chcesz wyjść do żadnej knajpy, bo to dodatkowe kalorie do spożycia, a głupio ci nie jeść w moim towarzystwie.
- Bzdury!
- Coś mi się jednak zdaje, że wcale nie…
Ale Kuba miał rację. Zmieniłam się. Zamiast myśleć o przyszłości myślałam o jedzeniu. Zamiast uczyć się do szkoły, wbijałam sobie do głowy tabele kaloryczności. Tyle tylko, że nie wiem, jak wyjść z tego kołowrotka.
środa, 17 sierpnia 2011
ODCINEK 29 - DO WYNAJĘCIA
Przypomniałam sobie podróż Wawa - Zakopane. Też nie była przyjemna, ale dziś czuję się mniej zmęczona, co znaczy, że jestem zdrowsza. Ciekawe jednak ile w tym udziału leków a ile mojego kochanka. Feeee!!!! Kochanek - to słowo drażni moje uszy nawet w myśli.
- Do ciebie czy do mnie? – zapytał Daniel znienacka.
- Słucham? – udałam, że nie dosłyszałam.
- Gdzie jedziemy? Do ciebie czy do mnie? - powtórzył.
- Myślałam, że każde z nas do swojego domu - mój głos brzmiał pewnie.
- Też tak myślałem, ale nie potrafię z tobą się rozstać.
- Daniel, przecież jak nie dzisiaj to jutro. I tak wcześniej czy później to nastąpi - mówiłam racjonalnie i głośno, by upewnić samą siebie, że mam rację.
- Wolę zdecydowanie to później.
„To tak samo jak ja” - pomyślałam.
- To może do ciebie – zaproponowałam nieśmiało. A w środku mnie wybuchła wojna - rozsądek krzyczał na serce, a sumienie mające oczy moich córek zasłaniało uszy by tego nie słyszeć.
Po kolacji Daniel wręczył mi prezent.
W pudełku były prześliczne kolczyki z małymi... brylancikami.
- Są cudowne, ale to chyba za drogie… – byłam naprawdę wzruszona i wściekła na Karola, że on nigdy nie rozpieszczał mnie takimi „drobiazgami”.
- A na kogo ja mam wydawać pieniądze jak nie na ciebie? Niespodzianki pod szyldem „me, myself & I” już przestały mnie bawić.
- Dziękuję
- Pamiętaj o mnie
- Jesteś w moim sercu. Zawsze tam będziesz.
Kolejny poranek zastał nas we dwoje, ale wszystko było inne. Miasto z Zakopanego zmieniło się na Warszawę, śniadaniową rozmowę zastąpiła cisza, poczucie humoru - wyrzuty sumienia.
Byłam umówiona na jedenastą z Kornelią w moim mieszkaniu, więc udawałam, że to powód mojego pośpiechu. Podróż też przebiegła cicho - bez słów, bez radia. Pożegnaliśmy się na parkingu, nie chciałam, żeby wchodził na górę. Tam byłoby pewnie jeszcze ciężej. Czułam, że znów zbliża się awantura między rozsądkiem a sercem. Ale nie powiedziałam nic. Jedynie krótkie „do zobaczenia” i ruszyłam w stronę drzwi.
Siedziałam chyba z godzinę w przedpokoju. Nie miałam najmniejszej ochoty wchodzić dalej. Czułam się obco w swoim domu. Widok pokoi dziewczynek wywoływał strach, oglądanie naszej sypialni torsje.
Gdy Kornelia zadzwoniła do drzwi, wciąż byłam w kurtce. Zdjęłam ją przekręcając klucz w zamku. Robiąc kawę zapytałam: - Co się stało?
- Zwolnili mnie – odpowiedź Kornelii w ogóle do mnie nie dotarła.
- Słucham?
- Zwolnili mnie. Nie będziemy już razem pracować. Niecałe dwa tygodnie temu. Nie przedłużyli mi umowy.
- Nie wierzę! – byłam oburzona.
- Do mnie to powoli dociera.
- Ale dlaczego ciebie?
- Redukcja etatów. Dyrektor wyjaśnił to jako efekt planu oszczędnościowego, który musi wprowadzić każda instytucja publiczna. Podobno prócz mnie zwalniają jeszcze cztery osoby, ale nie wiem kogo.
- I co teraz? – zapytałam głupio.
- Nic. Co może być? Będę szukać innej pracy. Muszę przecież z czegoś żyć.
- No pewnie – powiedziałam i poczułam, że odzywa się moja „wewnętrzna matka”, która współczuje i mówi, że bardziej sprawiedliwe byłoby, gdyby nie ją ale mnie zwolnili - w końcu mam sytuowanego męża i mam z czego żyć.
- Ale wiesz co – odpowiedziała, jakby słyszała moje myśli – stwierdziłam, że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. A wszystko dzieje się „po coś” - wszystko ma swój cel. Myślę, że Bóg nie pozwoli mnie skrzywdzić. No a ja nie będę stała z założonymi rękami jak święta krowa, tylko biorę się za szukanie nowego zajęcia.
- Myślisz, że Bóg nie pozwoli cię skrzywdzić? - powtórzyłam sama nie wiedząc czemu. Kłóciło się we mnie to słowo „myślę”. Bo w Boga się wierzy, a nie myśli.
Kiedy wyszła było już ciemno. Po szybkiej kąpieli zobaczyłam, że dziewczynki dzwoniły via skype, a Daniel przysłał mail. Próbowałam oddzwaniać, ale bez skutku. Klinknęłam więc na link, który podesłał mi Daniel. Słowa natychmiast zdominowały mój umysł: “bo ja jestem proszę pana na zakręcie”. Zasłuchana w piosenkę Osieckiej, zorientowałam się, że połączenie od córek jest sprzed kilku godzin, a w Australii dochodzi teraz piąta rano. Nagrałam się więc na automatyczną sekretarkę Kasi szepcząc do telefonu: Kocham cię Muminku. Potem rozpłakałam się na dobre.
W niedzielę wstałam wcześnie. Pojutrze przylatują dzieciaki, a w domu masakra. Zabrałam się do sprzątania. Zrobiłam pranie, rozpakowałam rzeczy, wsadziłam naczynia do zmywarki. Odkurzałam, ścierałam kurze, myłam podłogi. Nawet wybrałam się na zakupy. A na dobranoc postanowiłam zrobić porządek w szafie i powtarzałam za Osiecką: porządek w szafie daje poczucie bezpieczeństwa. Równo poukładane stosy bielizny dają poczucie bezpieczeństwa.
Budzik zadzwonił o 7.00, co oznaczało, że za godzinę muszę być w pracy. Zerwałam się na równe nogi. Prysznic, kawa, prasowanie, ubieranie, przeklinanie, że nie zdążyłam sobie przygotować ciuchów wieczór wcześniej.
Gdy wpadłam do biblioteki, poczułam, że brak mi Kornelii. Zrobiło mi się smutno, ale cieszyłam się, że kiedy moja sytuacja prywatna komplikuje się, mam jeden stały punkt - pracę. Popołudniu spotkałam się z dyrektorem. Osobiście informował wszystkich pracowników o zmianach, które zachodzą w bibliotece.
- Pani Alicjo – zaczął – w wyniku trudnej sytuacji, w jakiej znajduje się nasza placówka nastąpiły znaczne redukcje etatów.
- Tak wiem już. Słyszałam o tym.
- Nie informowaliśmy pani wcześniej, bo była pani na chorobowym, jednak mimo wszelkich zasług dla biblioteki, musimy dziś pożegnać się ze sobą…
Dalej nic nie słyszałam. Zwolnili mnie. Zwolnili... Chamy. Dupki krańcowe. Zadzwoniłam do Kornelii.
- Cześć. Ja też jestem do wynajęcia...
środa, 10 sierpnia 2011
ODCINEK 28 - KRAINA MUMINKOW
Za kilka dni musimy wracać do Warszawy. Daniel do swojej pracy, ja do swojej. Każdy do własnego życia, własnego świata. Może znajdziemy chwile w przelocie, aby móc się spotkać, porozmawiać, nacieszyć sobą. Może będzie czas na przytulenie, dotknięcie dłoni, ust, ciał. Może… kto wie. Nie wyobrażam sobie powrotu. Jedyne, co mnie pociesza, to spotkanie z dziewczynkami. Tęsknię za nimi ogromnie. Czuję się jak osiołek w bajce Fredry. Boję się, że mogę też skończyć jak on.
- Alicja, wołałaś mnie – z dołu dochodzi głos Daniela.
- Pytałam, czy wiesz, gdzie jest mój telefon?
- Widziałem go gdzieś na górze. Chyba w twoim pokoju
- Tam już szukałam i nic.
- Dzwonię do ciebie.
- Ok. I co? – pytam po chwili
- Abonent niedostępny
- No to ładnie.
- Oj muminku – powiedział pieszczotliwie i pobiegł do mnie na górę. – Już ci pomagam w poszukiwaniach.
- Kochany mój – mówię i głaszczę go po twarzy. – Wiesz, że cię kocham, wiesz o tym – powtarzam pytanie, choć odpowiedź znam doskonale.
- Wiem. Ja ciebie też kocham. Szalenie. Na palcach i pięcie. Troszeczkę bezmyślnie jak wiosną przebiśnieg – zanucił moją ulubioną piosenkę Grzegorza Tomczaka.
- A ona szalona, cóż żona to żona – kończę doskonale znając tekst utworu. Reszty nie zdążam zaśpiewać, bo wargi Daniela spoczywają na moich.
- Jesteś zjawiskiem – powiedział. Dostrzegłam, jak podziwia moje drobne piersi i wąską talię. Smakował jak dzika jeżyna – trochę cierpka a jednocześnie niezwykle słodka. Doznałam niezwykłej pokusy, aby całować go dalej z otwartymi oczami. Mogłam doskonale widzieć jego długie rzęsy, brwi, poważne czoło.
Daniel wsunął palce pod moją satynową koszulkę. Drugą ręką objął moją głowę i przytulił. Zakołysaliśmy się namiętnie.
Całował moj nagi brzuch, schodził coraz niżej. Nie kochaliśmy się jeszcze. Nigdy nie zatopił się we mnie. Nie wiedzialam, jak smakuje. Wstrzemięźliwość była czymś irytujacym w tym przypadku. Chciałam krzyczeć: „bierz mnie”, „kochaj”, „leżę tu gotowa na ciebie”, ale moje usta nie wydawały żadnego dźwięku, jakby zostały zamknięte tajemniczymi kajdankami.
- Ałć – zawyłam z bólu, gdy coś wbiło mi się w żebra. No tak, literatura światowa nie słyszała jeszcze równie idiotycznego wyznania miłości, albo inaczej – żądania miłości
- Co się stało? – przestraszył się Daniel
- Coś mi się wbiło w plecy.
Daniel wsunął rękę pod kołdrę, na której leżeliśmy i wyciągnął… mój telefon.
- No to proszę księżniczko na ziarnku grochu. Oto twoja zguba.
Czar miłosnego uniesienia prysł bezpowrotnie, ale przynajmniej miałam swój telefon. Podłączyłam go do prądu, bo bateria też ma swoją żywotność. Gdy już udało mi się go uruchomić, okazało się, że mam osiem wiadomości. Kilka smsów od Kasi i Basi, jeden od Sylwii, dwa przypomnienia od operatora o niezapłaconym rachunku (siet, w domu też mam cały stos takich), jeden od Karola i od mamy z sanatorium.
Z info od mojej australijskiej ekipy wynika, że mają się świetnie, przepraszają, że nie dzwonią, ale nie mają czasu (uff), że tata (czyli Karol) był na jakimś balu z ciocią (czyli Sylwią) (doniesienia od dziewczynek, po których poczułam się odrobinę zazdrosna – Sylwia z Karolem? Na balu? Brzmi mało prawdopodobnie!..) Na szczęście po nim sms Sylwii, w którym wyjaśnia obecność na balu i opisuje jakiegoś Francuza, którego tam poznała, a moja zazdrość opada. Karol pisze, jak bardzo mnie kocha, jak tęskni i jak się cieszy, że jest z dziewczynkami i jak bardzo się zbliżyli do siebie. Aha, i że zadzwoni pojutrze, bo dzisiaj jadą na jakąś wycieczkę i jutro też coś tam robią i nie zdążą. Mama zawiadamia, że wraca w następnym tygodniu z sanatorium i z chęcią mnie odwiedzi. Czyli wiem wszystko. I wszystko gra.
Odsłuchuję jeszcze jedną wiadomość na poczcie głosowej. Od Kornelii: „Cześć Alicja. Tu Kornelia. Nie mogę się do ciebie dodzwonić. Jak będziesz mogła to dryndnij do mnie. Pozdrawiam”
Zupełnie zapomniałam o Kornelii. Pewnie się o mnie martwi, a ja od ponad tygodnia w ogóle się z nią nie kontaktowałam. Nic, zadzwonię od razu.
- Co robisz? – pyta Daniel
- Dzwonię do Kornelii, tej koleżanki z biblioteki, chciała pogadać.
- A czy ty muminku wiesz, że dochodzi pierwsza nad ranem.
- Coo?
- No właśnie! Średni moment na dzwonienie do kogokolwiek.
- Widzisz, kolejny dowód na to, że przy tobie zapominam o bożym świecie.
- I za to cię…uwielbiam
- Uwielbiasz?
- Tak, wprost szaleję za tobą!
- A to się dobrze składa, bo ja także, tyle że za tobą.
I wracamy do tego, co skończyliśmy, a właściwie nie skończyliśmy tylko przerwaliśmy jakiś czas temu.
- Daniel – pytam, gdy leżymy na łóżku w jego sypialni. Jego ręka spoczywa na mojej pupie, drugą trzyma pod głową.
- Tak – odpowiada półśpiącym głosem
- Jesteśmy ze sobą tak blisko, mówimy o miłości, czujemy w sobie miłość, dlaczego więc się nie kochamy ze sobą. Nie chciałbyś…? – nieśmiało zadaję pytanie
- Czy chciałbym? Czy nie chciałbym? W ciągu dnia miliony razy powstrzymuję się, aby tego nie zrobić. Jestem facetem, a ty podniecasz mnie wszystkim: obecnością, zapachem, nawet sposobem, w jaki kroisz jabłko. Pragnę cię, pragnę się z tobą kochać. Ale…
- Ale… - niecierpliwie czekam na odpowiedź
- Obawiam się, że konsekwencje mogą nas przerosnąć
- Konsekwencje…
- Tak…inaczej zwane rachunkiem sumienia
- Daniel, powiedz poważnie. Czy mój rachunek sumienia nie jest juz na minusie (i to sporym), skoro po pierwsze spędzamy ze sobą ostatnio każdą chwilę, kocham cię a ty mnie, ukrywamy przed całym światem to, co nas łączy, całujemy się bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia – i to nie tylko w usta – leżymy tu ze sobą nadzy, a ty swoją ręką brodzisz po moim ciele. Czy sam fizyczny akt na tyle przeważy szalę, że nie poradzę sobie z tym? Jeśli tak myślisz, to grubo się mylisz - byłam naprawdę wkurzona i starałam się, żeby nie podnosić głosu, ale chyba nie do końca mi się udało.
- Ale…
- Pozwól, że ci skończę. Jak myslisz - zadaje retoryczne pytanie - czy to, że będę się z tobą kochać jest mniejszym grzechem niz fakt, że cię kocham. Z jednej strony miłość fizyczna, z drugiej pełne zaangażowanie emocjonalne – czułam się trochę, jakbym błagała go o ten seks, ale miałam dość tej chorej sytuacji.
- Masz rację. I powiem ci coś ważnego.
- Co? – zapytałam
- Podobasz mi się taka ostra i nieuległa!
- Tak?
- Taak… ogromnie…
Ta noc byla naszym pierwszym razem. Było bosko. Idealnie. Jakby niebo otworzyło swe bramy dla pary kochanków. Piliśmy wodę z rajskiego ogrodu, jedliśmy zakazany owoc, który smakował lepiej niż wszystkie inne, spijaliśmy z siebie soki życia i nadziei. Byliśmy dla siebie. Tylko ja i on. On i ja. Niczym mąż i żona. Dziewczyna i chłopak. Mężczyzna i kobieta. Potrzebowałam jego jak ziemia potrzebuje słońca. Nie umiałam bez niego żyć, oddychać, funkcjonować. Zatraciłam się bez pamięci, na zawsze. Nie chciałam innego życia. I pewnie gdyby nie dziewczynki, nawet bym do niego nie wróciła. Dzieci były tym, co stawiałam mimo wszystko przed Danielem. Od nich nie potrafiłabym odejść. Z nich zrezygnować też nie. Ale z ich ojca… hmmm… chyba już trochę to zrobiłam.
I w jednym Daniel miał rację. Powrócić do rzeczywistości po takim miłosnym akcie jest jeszcze trudniej niż wcześniej. I zaangażowanie fizyczne też nie pozostaje obojętne. Zwłaszcza, gdy człowiek napotyka takiego kochanka jakim jest Daniel – doskonałego w każdym calu. Z drugiej strony mam świadomość, że nie ma ludzi doskonałych. On też nosi coś w sobie, a ja nie wiem co.
środa, 3 sierpnia 2011
ODCINEK 27 - KARUZELA
Jestem ciepłolubna. Nie chodzi tu tylko o pogodę. Brakuje mi ciepła mężczyzny. Ale skoro go nie ma, spędzenie zimy w Australii wydało mi się przyjemną alternatywą.
Przyleciałam z dziewczynkami tydzień temu. Firma Karola dba o niego - ma służbowy dom wielkości około 200 metrów, na którego wyposażeniu jest pomoc domowa i fenomenalna kuchnia z wyjściem prosto na plażę.
Dostałam swój pokój, Kasia i Basia śpią razem, a najmniejsza pociecha zamieszkała w sypialni taty argumentując sprytnie, że nie zaśnie bez niego i skoro nie ma mamusi, to ona będzie się do niego wtulała. Pomyślałam, że doskonale ją rozumiem bo też chętnie zasnęłabym w objęciach silnego mężczyzny. Zastanowiłam się także nad Alą - ona też tego potrzebuje, a Karol jest tu. Żadna z nas nie ma silnego mężczyzny, na którym może się oprzeć.
Karol zachwyca mnie swoim zachowaniem. Spędza z dziewczynkami każdą wolną chwilę, zwłaszcza popołudnia, więc ja mam czas dla siebie. Wybieram więc długie spacery po plaży, zwiedzam, słucham intuicji, licząc, że podpowie mi, co powinnam zrobić ze swoim życiem. Mam silne przekonanie, że chcę w nim coś zmienić, bo jak na razie to toczę się po równi pochyłej. Kiedy zostałam singielką i freelancerką, adrenalina płynąca z nieustabilizowanego życia, konkretne pieniądze za konkretną robotę plus brak zobowiązań były atutami.
Dziś coraz bardziej irytuje mnie brak stabilności, a widok Alicji podsyca irytację. Chcę mieć rodzinę, choć często zaprzeczam traktując to jako przejaw słabości. Lata temu byłam zaręczona z Wojtkiem, który chciał mieć dzieci a ja chciałam jego, więc byłam bliska mu je dać. Mimo starań, w moim brzuchu nie pojawiało się ,fasolka’. Polecieliśmy do Szwajcarii (w kraju badania nad problemem niepłodności, były tym, czym obecnie dla Mugoli świat Harrego Pottera). Wojtek był zdrowy, przyczyna leżała we mnie.Poddałam się kuracji hormonalnej - bez skutku. A właściwie ze skutkiem odwrotnym - zamiast zyskać płodność, straciłam także możliwość bycia mamą, bo Wojtek odszedł. Miał powód - odsunęłam się od niego, jakbym podświadomie nie chciała rodziny - choć naprawdę lecząc się na bezpłodność, dawałam światu zupełnie inne sygnały.
On porzucił mnie, ja rzuciłam Je (leki) i siebie. W wir pracy. Zaprzeczałam, że życie we dwoje było fajne. Ba, nawet zdawało mi się, że zaczęłam z życia korzystać zostając singlem. Jestem sama ale nie samotna - przekonywałam się. Potem poznałam Alę – gdy potrzebowałam rodzinnego ciepła odwiedzałam jej dom. Kiedy nudziłam się rodzinnością, wracałam do swojego świata. Na brak sexu i partnerów nie narzekałam. Codziennie mogłam mieć innego. Świadoma swojego sexapilu - wiem, jak działam na mężczyzn - przebierałam, wymagałam, wybrzydzałam. Musieli się o mnie starać, zaspokajać zachcianki. Dostawałam to, czego chciałam - drogie prezenty, wakacje w luksusowych hotelach w Polsce i na świecie. Nie mieli łatwo, aby mnie zdobyć, ale gdy się im udawało, czuli się jak zwycięzcy. Jak ja się czułam? Chciałam być upragnioną zdobyczą, ale czy zdobycz nie może być ofiarą?
Po kilku latach bycie singlem zaczęło mi doskwierać. Widząc zdrady przykładnych mężów, romansy kochających żon, dochodziłam do budującego wniosku, że jednak wolę swoje życie. I znów wybierałam się na polowania, w których byłam upragnioną zdobyczą.
A może ofiarą?
Gdy jesteśmy sami, nieustannie szukamy partnera, a gdy go już mamy, gdy już się nacieszymy, wówczas zdradzamy, odchodzimy, szukamy nowych przygód i wyzwań. Najpierw dążymy do stagnacji, a potem ona zaczyna nas męczyć. Czujemy się jak więźniowie we własnych domach, gdzie nie ma nawet miejsca, aby pobyć sam na sam ze sobą. Pragniemy więc samotności i czasu spędzonego na czymś innym niż pracy, zakupach, gotowaniu czy sprzątaniu. Dziwna ta nasza ludzka natura. Skomplikowana. Niejasna. Zawiła.
Będąc na Antypodach i widząc relacje męża mojej przyjaciółki z ich dzieciakami, żałuję, że nigdy tak nie będę miała. Żałuję, że nie doznam radości bycia matką. Nie poznam cudu noszenia w sobie życia. To musi być niesamowite!
Tak niesamowite, że nawet za cenę tych zdrad, tego wewnętrznego rozdarcia, warto mieć dziecko. Stworzyć więzi, kochać, uczyć miłości i zasad.
- Ciociu, obiad - wrzasnęła Basia.
- Jasne - wyjąkałam wyrwana z kontekstu.
Przeczesałam włosy, założyłam sukienkę w kolorze nadziei, którą kupiłam na wakacyjnych wyprzedażach i nie miałam jak dotąd okazji by zaprezentować ją komukolwiek poza lustrem w przebieralni butiku w Złotych Tarasach. Poprawiłam makijaż, dodałam sobie kobiecości przechodząc przez mgiełkę perfum z niebieskiego flakonika i ruszyłam na dół.
Obiad był kapitalną mieszanką australijskich przypraw i europejskiego pomysłu na zupę pomidorową. Mila, gosposia Karola pochodząca z Czech, gotowała wybornie.
- Tatuś, wrócił– krzyknęła Basia i wystartowała w kierunku przeszklonego garażu.
- Cześć ekipa! Już jestem – Karol uśmiechnął się i po kolei pocałował córeczki od najmniejszej do największej obchodząc stół. Na końcu tej drogi siedziałam ja. Myślałam, że się zatrzyma, ale kiedy podszedł, ja straciłam grunt pod nogami, on zyskał jeszcze większą pewność siebie. Sięgnął po moją dłoń i pocałował ją szarmancko.
- Dzisiaj jedziemy na wycieczkę do miasteczka olimpijskiego – powiedział głośno a do mnie dodał cichszym głosem: - Dzięki, że przywiozłaś moje córki.
- Hurra! – wykrzyknęłyśmy
- A potem zabieram waszą ciocię na imprezę! - dodał.
- Wow! Wow! – Kasia i Basia wydały niezidentyfikowane dźwięki ze swoich ust!
- A jakieś dodatkowe informacje? – zapytałam z opóźnieniem będąc zmieszaną wcześniejszym zachowaniem. Odczuwałam wewnętrzy konflikt - z jednej strony podziwiałam go jako ojca, z drugiej on podziękował mi jako ojciec, a z trzeciej - cholera jasna - brzmiało to jak szept kochanka, mężczyzny, który coś usiłuje przekazać kobiecie tak, by inni tego nie widzieli.
- Jasne. Dzisiaj w naszej konsulacie w Sydney wydawane jest przyjęcie. Mam podwójne zaproszenie i nadzieję, że zechcesz mi towarzyszyć.
- Ja?
- No nie, Kubuś Puchatek - zażartował Karol.
- No nie wiem, nie wiem – zaczęłam się z nim przekomarzać.
- To będzie polityczno biznesowy melanż, więc będzie się można pośmiać - ciągnął Karol z błyskiem w oku.
- Cóż za atrakcje – stwierdziłam z ironią. - Wchodzę w to - wypaliłam najbardziej zaskakując siebie. I to nie tym, że się zgodziłam, ale tym, że po raz pierwszy spojrzałam na Karola jak na mężczyznę. Nie na męża przyjaciółki. Był naprawdę atrakcyjny. Nienagannie ubrany, pachnący, uczesany niemal pedantycznie. Nie widziałam tego wcześniej.
- Idę szperać w szafie, mam nadzieję, że znajdę jakąś kreację, która będzie odpowiednia - wypaliłam wstydząc się tego, o czym myślałam.
- Ja z tobą idę! – Asia uwiesiła się mojej nogo. Mała modnisia uwielbiała buszować w moich rzeczach, ja uwielbiałam, kiedy przebierała się w moje sukienki i kłapała w za dużych szpilkach, ale nie dziś pomyślałam. Jednak nie miałam siły tego powiedzieć.
- Asia zostań z tatusiem, Basia ty choć z nami – włączyła się Kasia. – Zrobię ci też ciociu makijaż, bo twój odbiega trochę od dzisiejszych standardów – dodała.
- No proszę, jedno popołudnie a ile się człowiek dowie o sobie! – zaśmiałam się szczerze i zrobiłam przegląd odkryć: to o zdobyczach, innym obliczu Karola.
- Tylko się pospieszcie! Za czterdzieści minut wyjeżdżamy do miasteczka olimpijskiego - rzekł Karol biorąc na ręce Asię. - Czekamy na was w ogrodzie - dodał całując małą, która ciągnęła go za nos.
Asia nazwała Karola tatusiem, a ja znając równanie, że ojcem może być każdy a na bycie tatusiem trzeba sobie zapracować, znów spojrzałam na niego jak na męża Ali. Boże!!! - pomyślałam i wyszłam.