Niebieska Tasiemka to nowela obyczajowa. Zapraszam do lektury! Nowy odcinek co tydzień! Miłego czytania
środa, 24 sierpnia 2011
ODCINEK 30 - SLIM FAST
Szkoda, że z nami tutaj nie przyjechała, można byłoby wszystko od razu ustalić. No i przekonałaby się, dlaczego chcę tutaj być. Jeśli nie zobaczyła Australii, to nie zrozumie, o co mi chodzi. Może Basia i ciocia Sylwia pomogą mi ją przekonać. No i tatko.
Fajnie tu jest. Mniej kontroli niż w domu. Tato pozwala mi na wiele i nie sprawdza. No i schudłam kolejne 2 kilogramy, co jest sporym sukcesem. W domu nie udało mi się tego zrobić, bo mama w kółko spoglądała na nasze talerze, a i chodzenie do toalety zaraz po posiłku nie było takie proste. Tutaj mam jakby ułatwione zadanie. Po obiedzie Aśka i Baśka wychodzą do ogrodu albo zajmują się czymś innym. Ja mogę iść na górę, wypić swoje herbatki odchudzające lub zamknąć się w ubikacji, gdzie nikt nie słyszy, co robię.
Zazdroszczę trochę moim siostrom, że nie myślą w kółko o jedzeniu, o tym, co ile ma kalorii, czy już przekroczyłam 500 a może 1000 kcal. Ogólnie staram się jeść tylko warzywa i owoce. Tu w Sydney to żaden problem, zwłaszcza o tej porze roku. Wszystko co zjem poza tym, zwracam zaraz po posiłku. Głupie? Tak! Głupie i idiotyczne, ale tak wkręciłam się w to kontrolowanie wagi, że trudno jest mi skupić uwagę na czymś innym.
Staram się wyrzucić z pamięci moment, kiedy to się zaczęło. To był zimny listopadowy dzień. Było tak ponuro, że nosa nie chciało się nikomu wystawiać poza własne łóżko. Jakimś cudem zmusiłam się, żeby wstać. Mamy już nie było, bo musiała iść wcześniej do biblioteki. Dotarłam do szkoły kilka minut przed czasem. Pierwszy W-F.
Przebierałyśmy się z dziewczynami w szatni.
- Aga, zrób coś z tymi swoimi udami – Michalina była bezwzględna i prosto z mostu mówiła to, o czym myśli.
- To znaczy co? – zapytała Agnieszka zupełnie zdezorientowana
- No zobacz sama. Cellulit masz wszędzie, w dodatku takie grube jakieś, nieproporcjonalne – wypaliła Miśka
- Odwal się! – Aga spławiła ją jednym słowem. Nie dała sobie dmuchać w kaszę. – Moje uda to mój problem
- Może i twój. Dziwię się tylko Przemkowi, że chce w ogóle na ciebie patrzeć
- Przesadzasz! Wiesz o tym – była już ostro wkurzona. Zwłaszcza, że związek z Przemkiem to czuły punkt. Nie chciała o nim za bardzo mówić. Nie przechwalała się nigdy, mimo że wszyscy widzieli, że jest szczęśliwa. I, moim zdaniem, po części jej tego wszystkiego zazdrościliśmy. Pewności siebie, dobrych wyników, wiary we własne przekonania, Przemka…
- Wcale się nie zdziwię, gdy on ją niedługo rzuci – Michalina wyszeptała do nas, gdy Agnieszka poszła na salę gimnastyczną.
- Ale chyba przegięłaś - odezwała się nagle Monika
- No coś ty! Powinna zrzucić parę kilo. Mówiłam to dla jej dobra.
- A może ona nie chce stosować żadnych diet?
- Przecież nie musi!
- Jak to? – zapytałam mimochodem, mimo że temat odchudzania mnie nie dotyczył. Raczej nie miałam tego typu problemów.
- A co z choinki się urwałaś? – Michalina była wściekła na dziewczyny
- Nie rozumiem… - powiedziałam i żałowałam, że wcześniej zadałam pytanie.
- He He, słyszycie! Ona nie rozumie! A ile ty ważysz?
- 55 kilogramów
- No to przynajmniej pięć powinnaś zrzucić!
- Ja? – zapytałam
- No a kto? Duch Święty?
- Nigdy się nie odchudzałam…. Myślałam, że nie muszę…
- Tu nie trzeba myśleć tylko działać
- Michalina, przestań już! – Monika nie mogła patrzeć, jak wyżywa się na mnie
- A co? Obrońcą uciemiężnionych jesteś?
- Wychodzę, mam dość kretyńskiej dyskusji – i rzeczywiście wyszła. Też miałam ochotę uciec z tej paszczy lwa.
- Kolejna z głowy! I dobrze - Michalina pewna siebie, mrugnęła do nas zwycięsko . – I niech nie mówi mi, że ona nie rzyga. Jest taka chuda, że szok. Matka natura jej takiej nie stworzyła.
- Co? – nie wierzyłam temu, co usłyszałam. – Co masz na myśli?
- A myślisz, że jak tracimy wagę? Kilogram za kilogramem mniej. Pamiętasz, we wrześniu jak wróciłam z wakacji był ze mnie niezły pączek. Dzisiaj ważę 8 kilo mniej – powiedziała dumna z siebie.
- No ale mówiłaś, że dieta…
- Dieta arieta. Żadna dieta tu nie pomoże. Zwłaszcza, że trzeba jeść, co ci starzy ugotują. Więc zamiast unikać posiłków, lepiej załatwić zaraz po nich sprawę w toalecie. Można jeść do woli i chudnąć.
Przecież to bulimia! Wołałam w środku! Przecież rozmawialiśmy na lekcjach, jakie to niebezpieczne. Ile problemów. I że ona tak…
- Jak chcesz możesz dołączyć do nas?
- Do was? – zdziwiona tym, że jest ich więcej
- Tak. Lilka, Olka, Martyna, Friku, Mycha i kilka z innych klas. Niektóre straciły po 15 kilogramów. Ty też musisz, jeśli chcesz zachować Kubę przy sobie.
Tego samego dnia po obiedzie spróbowałam po raz pierwszy. Poszło bez problemu. Nikt nic nie zauważył. I tak poszło. Najpierw tylko obiady, później kolacje, buszowanie po lodówce, zjadanie wszystkiego, co było dostępne, a następnie opróżnianie żołądka w prosty dosyć sposób.
Zawsze miałam przy sobie szczoteczkę i pastę do zębów. W razie czego. Po pierwsze nie chciałam, żeby czuć było ode mnie ten zapach okropny, a po drugie bałam się o swoje zęby.
Obsesyjnie zaczęłam liczyć kalorie. Myślenie o jedzeniu, a bardziej niż o jedzeniu to o niejedzeniu, stało się codziennym rytuałem. Wiedziałam, że moje ulubione awokado, takie niepozorne z wyglądu, to ponad 300 kcal. Ukochane bezy, które pani w szkolnym sklepiku domu piecze sama i sprzedaje po sztuk pięć, mają ponad 500 kcal. Tyle samo mają naleśniki z serem. Ciężko jest jeść te wszystkie smakołyki, jeśli człowiek naprawdę chce zgubić zbędne kilogramy. Więc jak gdyby opcja z „toaletą” jest idealnym rozwiązaniem dla łakomczuchów takich jak ja.
Teraz, po czterech miesiącach tak zwanej „diety” ważę 48 kg. Ciągle jednak wydaje mi się, że to jeszcze za dużo. I mimo że chciałabym czasami wrócić do życia sprzed rozmowy z szatni, to nie potrafiłam. I nie czułam się z tym dobrze. Do szału doprowadzało mnie wieczne skupianie się na posiłkach. Nienawidziłam swojego odbicia w lustrze, gdy podnosiłam głowę znad toalety – załzawione oczy, ślina wokół ust, zabrudzona ręka i ten zapach, który unosi się w powietrzu. Nienawidziłam, a nie potrafiłam powiedzieć sobie „dość”. Dlatego z „obżerania się” przechodzę coraz bardziej na „poszczenie”. I chyba tę opcję wolę.
Boję się powrotu do Warszawy. Co będzie, jak mama zauważy. Kiedyś słyszałam, jak ciocia Sylwia wspominała jej przez telefon, że schudłam. Żeby tylko się nie czepiała i nie pilnowała przy posiłkach. A nawet gdyby, to coś wymyślę, żeby jeść w terminach innych niż pozostała część rodziny. To znaczy: nie jesć!
Ciekawe tylko, co na to powie Kuba. Już przed wyjazdem wkurzał się, że nie chciałam chodzić na pizzę lub do kawiarni na lody.
- Co z tobą? – zapytał któregoś wieczoru
- Nie wiem, o co pytasz – udałam, że nie kojarzę
- Nie bądź dziecinna. Dlaczego nic nie jesz? Odchudzasz się, jak te głupie laski z naszej klasy.
- Ja?
- Ty! Zmieniłaś się. Ciężko z tobą pogadać. Nie chcesz wyjść do żadnej knajpy, bo to dodatkowe kalorie do spożycia, a głupio ci nie jeść w moim towarzystwie.
- Bzdury!
- Coś mi się jednak zdaje, że wcale nie…
Ale Kuba miał rację. Zmieniłam się. Zamiast myśleć o przyszłości myślałam o jedzeniu. Zamiast uczyć się do szkoły, wbijałam sobie do głowy tabele kaloryczności. Tyle tylko, że nie wiem, jak wyjść z tego kołowrotka.
środa, 17 sierpnia 2011
ODCINEK 29 - DO WYNAJĘCIA
Przypomniałam sobie podróż Wawa - Zakopane. Też nie była przyjemna, ale dziś czuję się mniej zmęczona, co znaczy, że jestem zdrowsza. Ciekawe jednak ile w tym udziału leków a ile mojego kochanka. Feeee!!!! Kochanek - to słowo drażni moje uszy nawet w myśli.
- Do ciebie czy do mnie? – zapytał Daniel znienacka.
- Słucham? – udałam, że nie dosłyszałam.
- Gdzie jedziemy? Do ciebie czy do mnie? - powtórzył.
- Myślałam, że każde z nas do swojego domu - mój głos brzmiał pewnie.
- Też tak myślałem, ale nie potrafię z tobą się rozstać.
- Daniel, przecież jak nie dzisiaj to jutro. I tak wcześniej czy później to nastąpi - mówiłam racjonalnie i głośno, by upewnić samą siebie, że mam rację.
- Wolę zdecydowanie to później.
„To tak samo jak ja” - pomyślałam.
- To może do ciebie – zaproponowałam nieśmiało. A w środku mnie wybuchła wojna - rozsądek krzyczał na serce, a sumienie mające oczy moich córek zasłaniało uszy by tego nie słyszeć.
Po kolacji Daniel wręczył mi prezent.
W pudełku były prześliczne kolczyki z małymi... brylancikami.
- Są cudowne, ale to chyba za drogie… – byłam naprawdę wzruszona i wściekła na Karola, że on nigdy nie rozpieszczał mnie takimi „drobiazgami”.
- A na kogo ja mam wydawać pieniądze jak nie na ciebie? Niespodzianki pod szyldem „me, myself & I” już przestały mnie bawić.
- Dziękuję
- Pamiętaj o mnie
- Jesteś w moim sercu. Zawsze tam będziesz.
Kolejny poranek zastał nas we dwoje, ale wszystko było inne. Miasto z Zakopanego zmieniło się na Warszawę, śniadaniową rozmowę zastąpiła cisza, poczucie humoru - wyrzuty sumienia.
Byłam umówiona na jedenastą z Kornelią w moim mieszkaniu, więc udawałam, że to powód mojego pośpiechu. Podróż też przebiegła cicho - bez słów, bez radia. Pożegnaliśmy się na parkingu, nie chciałam, żeby wchodził na górę. Tam byłoby pewnie jeszcze ciężej. Czułam, że znów zbliża się awantura między rozsądkiem a sercem. Ale nie powiedziałam nic. Jedynie krótkie „do zobaczenia” i ruszyłam w stronę drzwi.
Siedziałam chyba z godzinę w przedpokoju. Nie miałam najmniejszej ochoty wchodzić dalej. Czułam się obco w swoim domu. Widok pokoi dziewczynek wywoływał strach, oglądanie naszej sypialni torsje.
Gdy Kornelia zadzwoniła do drzwi, wciąż byłam w kurtce. Zdjęłam ją przekręcając klucz w zamku. Robiąc kawę zapytałam: - Co się stało?
- Zwolnili mnie – odpowiedź Kornelii w ogóle do mnie nie dotarła.
- Słucham?
- Zwolnili mnie. Nie będziemy już razem pracować. Niecałe dwa tygodnie temu. Nie przedłużyli mi umowy.
- Nie wierzę! – byłam oburzona.
- Do mnie to powoli dociera.
- Ale dlaczego ciebie?
- Redukcja etatów. Dyrektor wyjaśnił to jako efekt planu oszczędnościowego, który musi wprowadzić każda instytucja publiczna. Podobno prócz mnie zwalniają jeszcze cztery osoby, ale nie wiem kogo.
- I co teraz? – zapytałam głupio.
- Nic. Co może być? Będę szukać innej pracy. Muszę przecież z czegoś żyć.
- No pewnie – powiedziałam i poczułam, że odzywa się moja „wewnętrzna matka”, która współczuje i mówi, że bardziej sprawiedliwe byłoby, gdyby nie ją ale mnie zwolnili - w końcu mam sytuowanego męża i mam z czego żyć.
- Ale wiesz co – odpowiedziała, jakby słyszała moje myśli – stwierdziłam, że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. A wszystko dzieje się „po coś” - wszystko ma swój cel. Myślę, że Bóg nie pozwoli mnie skrzywdzić. No a ja nie będę stała z założonymi rękami jak święta krowa, tylko biorę się za szukanie nowego zajęcia.
- Myślisz, że Bóg nie pozwoli cię skrzywdzić? - powtórzyłam sama nie wiedząc czemu. Kłóciło się we mnie to słowo „myślę”. Bo w Boga się wierzy, a nie myśli.
Kiedy wyszła było już ciemno. Po szybkiej kąpieli zobaczyłam, że dziewczynki dzwoniły via skype, a Daniel przysłał mail. Próbowałam oddzwaniać, ale bez skutku. Klinknęłam więc na link, który podesłał mi Daniel. Słowa natychmiast zdominowały mój umysł: “bo ja jestem proszę pana na zakręcie”. Zasłuchana w piosenkę Osieckiej, zorientowałam się, że połączenie od córek jest sprzed kilku godzin, a w Australii dochodzi teraz piąta rano. Nagrałam się więc na automatyczną sekretarkę Kasi szepcząc do telefonu: Kocham cię Muminku. Potem rozpłakałam się na dobre.
W niedzielę wstałam wcześnie. Pojutrze przylatują dzieciaki, a w domu masakra. Zabrałam się do sprzątania. Zrobiłam pranie, rozpakowałam rzeczy, wsadziłam naczynia do zmywarki. Odkurzałam, ścierałam kurze, myłam podłogi. Nawet wybrałam się na zakupy. A na dobranoc postanowiłam zrobić porządek w szafie i powtarzałam za Osiecką: porządek w szafie daje poczucie bezpieczeństwa. Równo poukładane stosy bielizny dają poczucie bezpieczeństwa.
Budzik zadzwonił o 7.00, co oznaczało, że za godzinę muszę być w pracy. Zerwałam się na równe nogi. Prysznic, kawa, prasowanie, ubieranie, przeklinanie, że nie zdążyłam sobie przygotować ciuchów wieczór wcześniej.
Gdy wpadłam do biblioteki, poczułam, że brak mi Kornelii. Zrobiło mi się smutno, ale cieszyłam się, że kiedy moja sytuacja prywatna komplikuje się, mam jeden stały punkt - pracę. Popołudniu spotkałam się z dyrektorem. Osobiście informował wszystkich pracowników o zmianach, które zachodzą w bibliotece.
- Pani Alicjo – zaczął – w wyniku trudnej sytuacji, w jakiej znajduje się nasza placówka nastąpiły znaczne redukcje etatów.
- Tak wiem już. Słyszałam o tym.
- Nie informowaliśmy pani wcześniej, bo była pani na chorobowym, jednak mimo wszelkich zasług dla biblioteki, musimy dziś pożegnać się ze sobą…
Dalej nic nie słyszałam. Zwolnili mnie. Zwolnili... Chamy. Dupki krańcowe. Zadzwoniłam do Kornelii.
- Cześć. Ja też jestem do wynajęcia...
środa, 10 sierpnia 2011
ODCINEK 28 - KRAINA MUMINKOW
Za kilka dni musimy wracać do Warszawy. Daniel do swojej pracy, ja do swojej. Każdy do własnego życia, własnego świata. Może znajdziemy chwile w przelocie, aby móc się spotkać, porozmawiać, nacieszyć sobą. Może będzie czas na przytulenie, dotknięcie dłoni, ust, ciał. Może… kto wie. Nie wyobrażam sobie powrotu. Jedyne, co mnie pociesza, to spotkanie z dziewczynkami. Tęsknię za nimi ogromnie. Czuję się jak osiołek w bajce Fredry. Boję się, że mogę też skończyć jak on.
- Alicja, wołałaś mnie – z dołu dochodzi głos Daniela.
- Pytałam, czy wiesz, gdzie jest mój telefon?
- Widziałem go gdzieś na górze. Chyba w twoim pokoju
- Tam już szukałam i nic.
- Dzwonię do ciebie.
- Ok. I co? – pytam po chwili
- Abonent niedostępny
- No to ładnie.
- Oj muminku – powiedział pieszczotliwie i pobiegł do mnie na górę. – Już ci pomagam w poszukiwaniach.
- Kochany mój – mówię i głaszczę go po twarzy. – Wiesz, że cię kocham, wiesz o tym – powtarzam pytanie, choć odpowiedź znam doskonale.
- Wiem. Ja ciebie też kocham. Szalenie. Na palcach i pięcie. Troszeczkę bezmyślnie jak wiosną przebiśnieg – zanucił moją ulubioną piosenkę Grzegorza Tomczaka.
- A ona szalona, cóż żona to żona – kończę doskonale znając tekst utworu. Reszty nie zdążam zaśpiewać, bo wargi Daniela spoczywają na moich.
- Jesteś zjawiskiem – powiedział. Dostrzegłam, jak podziwia moje drobne piersi i wąską talię. Smakował jak dzika jeżyna – trochę cierpka a jednocześnie niezwykle słodka. Doznałam niezwykłej pokusy, aby całować go dalej z otwartymi oczami. Mogłam doskonale widzieć jego długie rzęsy, brwi, poważne czoło.
Daniel wsunął palce pod moją satynową koszulkę. Drugą ręką objął moją głowę i przytulił. Zakołysaliśmy się namiętnie.
Całował moj nagi brzuch, schodził coraz niżej. Nie kochaliśmy się jeszcze. Nigdy nie zatopił się we mnie. Nie wiedzialam, jak smakuje. Wstrzemięźliwość była czymś irytujacym w tym przypadku. Chciałam krzyczeć: „bierz mnie”, „kochaj”, „leżę tu gotowa na ciebie”, ale moje usta nie wydawały żadnego dźwięku, jakby zostały zamknięte tajemniczymi kajdankami.
- Ałć – zawyłam z bólu, gdy coś wbiło mi się w żebra. No tak, literatura światowa nie słyszała jeszcze równie idiotycznego wyznania miłości, albo inaczej – żądania miłości
- Co się stało? – przestraszył się Daniel
- Coś mi się wbiło w plecy.
Daniel wsunął rękę pod kołdrę, na której leżeliśmy i wyciągnął… mój telefon.
- No to proszę księżniczko na ziarnku grochu. Oto twoja zguba.
Czar miłosnego uniesienia prysł bezpowrotnie, ale przynajmniej miałam swój telefon. Podłączyłam go do prądu, bo bateria też ma swoją żywotność. Gdy już udało mi się go uruchomić, okazało się, że mam osiem wiadomości. Kilka smsów od Kasi i Basi, jeden od Sylwii, dwa przypomnienia od operatora o niezapłaconym rachunku (siet, w domu też mam cały stos takich), jeden od Karola i od mamy z sanatorium.
Z info od mojej australijskiej ekipy wynika, że mają się świetnie, przepraszają, że nie dzwonią, ale nie mają czasu (uff), że tata (czyli Karol) był na jakimś balu z ciocią (czyli Sylwią) (doniesienia od dziewczynek, po których poczułam się odrobinę zazdrosna – Sylwia z Karolem? Na balu? Brzmi mało prawdopodobnie!..) Na szczęście po nim sms Sylwii, w którym wyjaśnia obecność na balu i opisuje jakiegoś Francuza, którego tam poznała, a moja zazdrość opada. Karol pisze, jak bardzo mnie kocha, jak tęskni i jak się cieszy, że jest z dziewczynkami i jak bardzo się zbliżyli do siebie. Aha, i że zadzwoni pojutrze, bo dzisiaj jadą na jakąś wycieczkę i jutro też coś tam robią i nie zdążą. Mama zawiadamia, że wraca w następnym tygodniu z sanatorium i z chęcią mnie odwiedzi. Czyli wiem wszystko. I wszystko gra.
Odsłuchuję jeszcze jedną wiadomość na poczcie głosowej. Od Kornelii: „Cześć Alicja. Tu Kornelia. Nie mogę się do ciebie dodzwonić. Jak będziesz mogła to dryndnij do mnie. Pozdrawiam”
Zupełnie zapomniałam o Kornelii. Pewnie się o mnie martwi, a ja od ponad tygodnia w ogóle się z nią nie kontaktowałam. Nic, zadzwonię od razu.
- Co robisz? – pyta Daniel
- Dzwonię do Kornelii, tej koleżanki z biblioteki, chciała pogadać.
- A czy ty muminku wiesz, że dochodzi pierwsza nad ranem.
- Coo?
- No właśnie! Średni moment na dzwonienie do kogokolwiek.
- Widzisz, kolejny dowód na to, że przy tobie zapominam o bożym świecie.
- I za to cię…uwielbiam
- Uwielbiasz?
- Tak, wprost szaleję za tobą!
- A to się dobrze składa, bo ja także, tyle że za tobą.
I wracamy do tego, co skończyliśmy, a właściwie nie skończyliśmy tylko przerwaliśmy jakiś czas temu.
- Daniel – pytam, gdy leżymy na łóżku w jego sypialni. Jego ręka spoczywa na mojej pupie, drugą trzyma pod głową.
- Tak – odpowiada półśpiącym głosem
- Jesteśmy ze sobą tak blisko, mówimy o miłości, czujemy w sobie miłość, dlaczego więc się nie kochamy ze sobą. Nie chciałbyś…? – nieśmiało zadaję pytanie
- Czy chciałbym? Czy nie chciałbym? W ciągu dnia miliony razy powstrzymuję się, aby tego nie zrobić. Jestem facetem, a ty podniecasz mnie wszystkim: obecnością, zapachem, nawet sposobem, w jaki kroisz jabłko. Pragnę cię, pragnę się z tobą kochać. Ale…
- Ale… - niecierpliwie czekam na odpowiedź
- Obawiam się, że konsekwencje mogą nas przerosnąć
- Konsekwencje…
- Tak…inaczej zwane rachunkiem sumienia
- Daniel, powiedz poważnie. Czy mój rachunek sumienia nie jest juz na minusie (i to sporym), skoro po pierwsze spędzamy ze sobą ostatnio każdą chwilę, kocham cię a ty mnie, ukrywamy przed całym światem to, co nas łączy, całujemy się bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia – i to nie tylko w usta – leżymy tu ze sobą nadzy, a ty swoją ręką brodzisz po moim ciele. Czy sam fizyczny akt na tyle przeważy szalę, że nie poradzę sobie z tym? Jeśli tak myślisz, to grubo się mylisz - byłam naprawdę wkurzona i starałam się, żeby nie podnosić głosu, ale chyba nie do końca mi się udało.
- Ale…
- Pozwól, że ci skończę. Jak myslisz - zadaje retoryczne pytanie - czy to, że będę się z tobą kochać jest mniejszym grzechem niz fakt, że cię kocham. Z jednej strony miłość fizyczna, z drugiej pełne zaangażowanie emocjonalne – czułam się trochę, jakbym błagała go o ten seks, ale miałam dość tej chorej sytuacji.
- Masz rację. I powiem ci coś ważnego.
- Co? – zapytałam
- Podobasz mi się taka ostra i nieuległa!
- Tak?
- Taak… ogromnie…
Ta noc byla naszym pierwszym razem. Było bosko. Idealnie. Jakby niebo otworzyło swe bramy dla pary kochanków. Piliśmy wodę z rajskiego ogrodu, jedliśmy zakazany owoc, który smakował lepiej niż wszystkie inne, spijaliśmy z siebie soki życia i nadziei. Byliśmy dla siebie. Tylko ja i on. On i ja. Niczym mąż i żona. Dziewczyna i chłopak. Mężczyzna i kobieta. Potrzebowałam jego jak ziemia potrzebuje słońca. Nie umiałam bez niego żyć, oddychać, funkcjonować. Zatraciłam się bez pamięci, na zawsze. Nie chciałam innego życia. I pewnie gdyby nie dziewczynki, nawet bym do niego nie wróciła. Dzieci były tym, co stawiałam mimo wszystko przed Danielem. Od nich nie potrafiłabym odejść. Z nich zrezygnować też nie. Ale z ich ojca… hmmm… chyba już trochę to zrobiłam.
I w jednym Daniel miał rację. Powrócić do rzeczywistości po takim miłosnym akcie jest jeszcze trudniej niż wcześniej. I zaangażowanie fizyczne też nie pozostaje obojętne. Zwłaszcza, gdy człowiek napotyka takiego kochanka jakim jest Daniel – doskonałego w każdym calu. Z drugiej strony mam świadomość, że nie ma ludzi doskonałych. On też nosi coś w sobie, a ja nie wiem co.
środa, 3 sierpnia 2011
ODCINEK 27 - KARUZELA
Jestem ciepłolubna. Nie chodzi tu tylko o pogodę. Brakuje mi ciepła mężczyzny. Ale skoro go nie ma, spędzenie zimy w Australii wydało mi się przyjemną alternatywą.
Przyleciałam z dziewczynkami tydzień temu. Firma Karola dba o niego - ma służbowy dom wielkości około 200 metrów, na którego wyposażeniu jest pomoc domowa i fenomenalna kuchnia z wyjściem prosto na plażę.
Dostałam swój pokój, Kasia i Basia śpią razem, a najmniejsza pociecha zamieszkała w sypialni taty argumentując sprytnie, że nie zaśnie bez niego i skoro nie ma mamusi, to ona będzie się do niego wtulała. Pomyślałam, że doskonale ją rozumiem bo też chętnie zasnęłabym w objęciach silnego mężczyzny. Zastanowiłam się także nad Alą - ona też tego potrzebuje, a Karol jest tu. Żadna z nas nie ma silnego mężczyzny, na którym może się oprzeć.
Karol zachwyca mnie swoim zachowaniem. Spędza z dziewczynkami każdą wolną chwilę, zwłaszcza popołudnia, więc ja mam czas dla siebie. Wybieram więc długie spacery po plaży, zwiedzam, słucham intuicji, licząc, że podpowie mi, co powinnam zrobić ze swoim życiem. Mam silne przekonanie, że chcę w nim coś zmienić, bo jak na razie to toczę się po równi pochyłej. Kiedy zostałam singielką i freelancerką, adrenalina płynąca z nieustabilizowanego życia, konkretne pieniądze za konkretną robotę plus brak zobowiązań były atutami.
Dziś coraz bardziej irytuje mnie brak stabilności, a widok Alicji podsyca irytację. Chcę mieć rodzinę, choć często zaprzeczam traktując to jako przejaw słabości. Lata temu byłam zaręczona z Wojtkiem, który chciał mieć dzieci a ja chciałam jego, więc byłam bliska mu je dać. Mimo starań, w moim brzuchu nie pojawiało się ,fasolka’. Polecieliśmy do Szwajcarii (w kraju badania nad problemem niepłodności, były tym, czym obecnie dla Mugoli świat Harrego Pottera). Wojtek był zdrowy, przyczyna leżała we mnie.Poddałam się kuracji hormonalnej - bez skutku. A właściwie ze skutkiem odwrotnym - zamiast zyskać płodność, straciłam także możliwość bycia mamą, bo Wojtek odszedł. Miał powód - odsunęłam się od niego, jakbym podświadomie nie chciała rodziny - choć naprawdę lecząc się na bezpłodność, dawałam światu zupełnie inne sygnały.
On porzucił mnie, ja rzuciłam Je (leki) i siebie. W wir pracy. Zaprzeczałam, że życie we dwoje było fajne. Ba, nawet zdawało mi się, że zaczęłam z życia korzystać zostając singlem. Jestem sama ale nie samotna - przekonywałam się. Potem poznałam Alę – gdy potrzebowałam rodzinnego ciepła odwiedzałam jej dom. Kiedy nudziłam się rodzinnością, wracałam do swojego świata. Na brak sexu i partnerów nie narzekałam. Codziennie mogłam mieć innego. Świadoma swojego sexapilu - wiem, jak działam na mężczyzn - przebierałam, wymagałam, wybrzydzałam. Musieli się o mnie starać, zaspokajać zachcianki. Dostawałam to, czego chciałam - drogie prezenty, wakacje w luksusowych hotelach w Polsce i na świecie. Nie mieli łatwo, aby mnie zdobyć, ale gdy się im udawało, czuli się jak zwycięzcy. Jak ja się czułam? Chciałam być upragnioną zdobyczą, ale czy zdobycz nie może być ofiarą?
Po kilku latach bycie singlem zaczęło mi doskwierać. Widząc zdrady przykładnych mężów, romansy kochających żon, dochodziłam do budującego wniosku, że jednak wolę swoje życie. I znów wybierałam się na polowania, w których byłam upragnioną zdobyczą.
A może ofiarą?
Gdy jesteśmy sami, nieustannie szukamy partnera, a gdy go już mamy, gdy już się nacieszymy, wówczas zdradzamy, odchodzimy, szukamy nowych przygód i wyzwań. Najpierw dążymy do stagnacji, a potem ona zaczyna nas męczyć. Czujemy się jak więźniowie we własnych domach, gdzie nie ma nawet miejsca, aby pobyć sam na sam ze sobą. Pragniemy więc samotności i czasu spędzonego na czymś innym niż pracy, zakupach, gotowaniu czy sprzątaniu. Dziwna ta nasza ludzka natura. Skomplikowana. Niejasna. Zawiła.
Będąc na Antypodach i widząc relacje męża mojej przyjaciółki z ich dzieciakami, żałuję, że nigdy tak nie będę miała. Żałuję, że nie doznam radości bycia matką. Nie poznam cudu noszenia w sobie życia. To musi być niesamowite!
Tak niesamowite, że nawet za cenę tych zdrad, tego wewnętrznego rozdarcia, warto mieć dziecko. Stworzyć więzi, kochać, uczyć miłości i zasad.
- Ciociu, obiad - wrzasnęła Basia.
- Jasne - wyjąkałam wyrwana z kontekstu.
Przeczesałam włosy, założyłam sukienkę w kolorze nadziei, którą kupiłam na wakacyjnych wyprzedażach i nie miałam jak dotąd okazji by zaprezentować ją komukolwiek poza lustrem w przebieralni butiku w Złotych Tarasach. Poprawiłam makijaż, dodałam sobie kobiecości przechodząc przez mgiełkę perfum z niebieskiego flakonika i ruszyłam na dół.
Obiad był kapitalną mieszanką australijskich przypraw i europejskiego pomysłu na zupę pomidorową. Mila, gosposia Karola pochodząca z Czech, gotowała wybornie.
- Tatuś, wrócił– krzyknęła Basia i wystartowała w kierunku przeszklonego garażu.
- Cześć ekipa! Już jestem – Karol uśmiechnął się i po kolei pocałował córeczki od najmniejszej do największej obchodząc stół. Na końcu tej drogi siedziałam ja. Myślałam, że się zatrzyma, ale kiedy podszedł, ja straciłam grunt pod nogami, on zyskał jeszcze większą pewność siebie. Sięgnął po moją dłoń i pocałował ją szarmancko.
- Dzisiaj jedziemy na wycieczkę do miasteczka olimpijskiego – powiedział głośno a do mnie dodał cichszym głosem: - Dzięki, że przywiozłaś moje córki.
- Hurra! – wykrzyknęłyśmy
- A potem zabieram waszą ciocię na imprezę! - dodał.
- Wow! Wow! – Kasia i Basia wydały niezidentyfikowane dźwięki ze swoich ust!
- A jakieś dodatkowe informacje? – zapytałam z opóźnieniem będąc zmieszaną wcześniejszym zachowaniem. Odczuwałam wewnętrzy konflikt - z jednej strony podziwiałam go jako ojca, z drugiej on podziękował mi jako ojciec, a z trzeciej - cholera jasna - brzmiało to jak szept kochanka, mężczyzny, który coś usiłuje przekazać kobiecie tak, by inni tego nie widzieli.
- Jasne. Dzisiaj w naszej konsulacie w Sydney wydawane jest przyjęcie. Mam podwójne zaproszenie i nadzieję, że zechcesz mi towarzyszyć.
- Ja?
- No nie, Kubuś Puchatek - zażartował Karol.
- No nie wiem, nie wiem – zaczęłam się z nim przekomarzać.
- To będzie polityczno biznesowy melanż, więc będzie się można pośmiać - ciągnął Karol z błyskiem w oku.
- Cóż za atrakcje – stwierdziłam z ironią. - Wchodzę w to - wypaliłam najbardziej zaskakując siebie. I to nie tym, że się zgodziłam, ale tym, że po raz pierwszy spojrzałam na Karola jak na mężczyznę. Nie na męża przyjaciółki. Był naprawdę atrakcyjny. Nienagannie ubrany, pachnący, uczesany niemal pedantycznie. Nie widziałam tego wcześniej.
- Idę szperać w szafie, mam nadzieję, że znajdę jakąś kreację, która będzie odpowiednia - wypaliłam wstydząc się tego, o czym myślałam.
- Ja z tobą idę! – Asia uwiesiła się mojej nogo. Mała modnisia uwielbiała buszować w moich rzeczach, ja uwielbiałam, kiedy przebierała się w moje sukienki i kłapała w za dużych szpilkach, ale nie dziś pomyślałam. Jednak nie miałam siły tego powiedzieć.
- Asia zostań z tatusiem, Basia ty choć z nami – włączyła się Kasia. – Zrobię ci też ciociu makijaż, bo twój odbiega trochę od dzisiejszych standardów – dodała.
- No proszę, jedno popołudnie a ile się człowiek dowie o sobie! – zaśmiałam się szczerze i zrobiłam przegląd odkryć: to o zdobyczach, innym obliczu Karola.
- Tylko się pospieszcie! Za czterdzieści minut wyjeżdżamy do miasteczka olimpijskiego - rzekł Karol biorąc na ręce Asię. - Czekamy na was w ogrodzie - dodał całując małą, która ciągnęła go za nos.
Asia nazwała Karola tatusiem, a ja znając równanie, że ojcem może być każdy a na bycie tatusiem trzeba sobie zapracować, znów spojrzałam na niego jak na męża Ali. Boże!!! - pomyślałam i wyszłam.
środa, 27 lipca 2011
ODCINEK 26 - FADO
Mój mąż – w przeciwieństwie do mnie - nie przepada za chodzeniem po górach, dlatego ulokowaliśmy się hotelu Litwor przy Krupówkach. Dziewczyny najchętniej korzystały z basenu. Basia miała kurs jazdy konnej, a Kasia lekcje tenisa ziemnego. Na nudę nie narzekały.
Ja pochłonęłam kilka książek, a Karol... zaprzyjaźniał się arkuszem kalkulacyjnym. Najpierw byłam zła, że mamy ‘zajęcia w podgrupach’ ale potem stwierdziłam, że czasami fajnie pobyć tak razem, a jednak osobno. Żałowałam, że nie wjechałam na Kasprowy choćby kolejką, ale co tam – myślałam wtedy – odbiję sobie następnym razem.
Następny raz okazał się mieć miejsce teraz. I znów o wejściu na Kasprowy nie było mowy. Padający śnieg i mój kiepski stan zdrowia nie pozwala na spacery, nie mówiąc już o górskich wycieczkach. Dlatego myśląc o wyjeździe od razu nastawiłam się na leniuchowanie w stolicy Tatr.
Dom Daniela położony jest na zboczu Butorowego Wierchu, przy drodze z Zakopanego do Kościeliska. Z głównej drogi skręciliśmy w leśny dukt pokonując nie lada podjazd (już wiem po co mu terenowy samochód w Warszawie) dotarliśmy do domku z przepięknym widokiem na Zakopane i najbardziej charakterystyczną górę w polskich tatrach - Giewont. Oczywiście biorąc pod uwagę jej kształty a nie wysokość. W tym drugim nieustannie przegrywa z Rysami.
Pleciuga – jak nazywa swój domek Daniel - zbudowana została kilka lat temu. Od tej pory zarówno Daniel jak i jego znajomi, korzystają z możliwści jakie daje taka miejscówka w stolicy Tatr.
- Czasami mam problem, żeby przyjechać na weekend – tak jest obstawiona moja chatka. Teraz też chciał przyjechać kumpel z rodziną, ale stanowczo odmówiłem. Czuj się więc jak u siebie - dodał.
- Mam tutaj zaprzyjaźnionych gospodarzy, którzy sprzedają mi mięso, jajka, mleko, sery i inne smakołyki – ciągnął, gdy w kuchni rozpakowywaliśmy zakupy. – Pokazać ci dom? – zapytał z zapałem w głosie zamykając lodówkę.
- Jasne - zgodziłam się, choć wcale nie miałam na to ochoty. Pragnęłam pójść spać, bo podróż Wawa - Zakopane po prostu mnie wykończyła uwydatniając słabość mojego zdrowia.
Na parterze znajdował się salon z kominkiem, jadalnia mieszcząca kilkanaście osób, przestronna kuchnia z wyjściem na taras i z widokiem na Giewont oraz łazienka i sypialnia gościnna.
Na półpiętrze była pralnio-suszarnia, a na pięterku trzy sypialnie, kolejna łazienka i biuro Daniela, z którego korzystał będąc tutaj.
- To jedyne miejsce, gdzie jest zasięg sieci, więc komórkę możesz zostawić tutaj od razu, bo nigdzie indziej nie zadziała - wyjaśnił Daniel.
Na swoim stacjonarnym telefonie, który trzymamy z Karolem bardziej z przyzwyczajenia niż z konieczności, zrobiłam przekierowanie rozmów na komórkę - niby nikt nie dzwoni, ale licho nie śpi. Wzięłam też laptop, żeby móc na skypie komunikować się z rodzinką, jednak ostatnio były to rzadkie (nawet bardzo) rozmowy. Dziewczynki w natłoku zajęć i nowych znajomości nie zaprzątają sobie głowy starą matką. Pewnie siedząc sama w Warszawie głęboko bym to przeżywała, ale w tych okolicznościach jestem wdzięczna losowi za taki obrót sprawy. Oni nawet nie wiedzą, że jeszcze choruję, nie mówiąc już o tym, kto i gdzie się mną opiekuje.
Daniel pozwolił mi wybrać sobie sypialnię. Każdy ma inny charakter. Jest pokój Bieguna Północnego, w którym dominuje kolor niebieski na ścianach, pościel jest śnieżnobiała, a poczynania mieszkańców podglądają pingwiny i niedźwiedzie polarne wyglądające ze zdjęć.
Jest sypialnia portugalska, w której żywe kolory tańczą fandango, ale z uwagi na to, że okna wychodzą na północ, w tym pokoju czuć fado - zachwyt nad pięknem okraszony smutkiem, z naciskiem na to drugie.
W sypialni Książkowej (stworzonej jakby specjalnie dla bibliotekarki) było pełno pozycji literatury polskiej i światowej i klimat rodem z Karło.
- Wiedziałem, że ten wybierzesz – uśmiechnął się Daniel i wniósł moje bagaże nim cokolwiek zdążyłam powiedzieć. - Później pokażę ci Muzyczną Krainę, tam najlepiej wypoczywam. Też powinna ci się spodobać - urwał nagle widząc moją minę.
- Wybieram portugalską - powiedziałam opadając bez sił na łóżko. Daniel uśmiechnął się zdziwiony i zamknął drzwi.
Zasypiając miałam uczucie przyjemności wynikające z majaczenia, że jestem na koncercie fado Marizy - pełnia emocji i kojące poczucie bezpieczeństwa.
Obudziły mnie jakieś hałasy. Nie wiedziałam najpierw, gdzie jestem. Potem przez głowę przeleciała mi myśl - co ja tu robię? Ubrałam szlafrok, kapcie i cicho zeszłam po schodach.
- Sorry, spadła mi patelnia – Daniel zaczął się tłumaczyć, gdy zobaczył mnie w progu – robię kolację - dodał. Obudziłem cię? - zapytał zaraz.
- Trudno ukryć – uśmiechnęłam się do niego.
Boże - pomyślałem! Zakochałam się. Teraz, gdy widzę go bosego, w wytartych jeansach i koszuli w kratę uświadomiłam sobie tę oczywistą dla zewnętrznego obserwatora prawdę.
Wpadłam! Mimo że tak się broniłam. Chociaż ta moja obrona bardziej przypominała grę lokalnego klubu sportowego niż Legii Warszawa - była a jakby jej nie było.
Daniel podszedł, przytulił, a ja schowałam twarz w jego koszuli. Pachniał lasem. Schylił głowę i pocałował mnie. Nie w policzek lub czoło, jak miał w zwyczaju, lecz prosto w usta. Jakbyśmy wyczuwali to samo. Bez słów. Bez mówienia, tłumaczenia, niepotrzebnych sygnałów, niepotrzebnego zakłócania wszechogarniającej ciszy z delikatną muzyką w tle.
Jego język muskał moje wargi, najpierw delikatnie, spokojnie, łagodnie. Potem zatapiał się coraz dalej. Pragnęłam go. Chciałam się z nim kochać, pożądać każdy skrawek jego ciała. Wsunął rękę pod szlafrok, dotknął mojej piersi, która zdradzała moje pragnienia. W momencie, gdy odwiązywał mój sznurek od szlafroka, rozległo się głośne pukanie do drzwi.
- Szczęśliwy zbieg okoliczności – zażartowałam.
- Ano! W takich momentach najbardziej to lubię! – pocałował mnie i poszedł do przedpokoju.
Ukryłam się w kuchni. Jak mała dziewczynka przyłapana na gorącym uczynku.
- Dzień dobry panie Adamie. Zapraszam. A małżonki nie ma? No to trudno. Zapraszam do środka. Nie, nie sam. Zje pan z nami?
Z salonu dochodził mnie głos Daniela. Pobiegłam więc na górę się ubrać.
- Tutaj cię mam – Daniel stanął w progu pokoju.
- Przestraszyłeś mnie.
- Zejdziesz na dół, chciałbym ci kogoś przedstawić.
- Za chwilkę będę gotowa.
Gdy już zamykał drzwi pokoju, wrócił się, podszedł do mnie, podniósł do góry i pocałował.
- Jesteś cudowna, wiesz. Marzyłem o takiej kobiecie jak ty!
- Cudowna! Hmmm… dawno nikt tak do mnie nie mówił
- Tak! CUDOWNA! Mogę ci to napisać, jeśli chcesz!
- Uwierzę ci w słowo mówione – zaśmiałam się, a on położył mnie na łóżko. Całował moją szyję, brzuch, piersi.
- Nie mogę się od ciebie oderwać
- A co z gościem?
- Zupełnie zapomniałem! – powiedział i zerwał się na równe nogi. – Zawróciłaś mi w głowie. Teraz zejdziemy na dół, dobrze, ale potem dokończymy pewne dyskusje.
- Pomyślę, pomyślę – i uśmiechnęłam się do najmilszego człowieka na ziemi.
Gdy zeszłam na dół, Daniel z gościem siedzieli w kuchni. Kończyli kolację. - Dobry wieczór - powiedziałam.
- Panie Adamie, przedstawię panu moją przyjaciółkę. To jest Alicja, o której panu tyle opowiadałem.
- Bardzo mi miło – powiedziałam i delikatnie schyliłam głowę.
- Adam – przedstawił się i podał mi dłoń.
Usiadłam i nagle poczułam, że jestem niesamowicie głodna, ciekawa i przepełnia mnie fado ze snu - pełne piękna a jednak smutku.
środa, 20 lipca 2011
ODCINEK 25 - INNY ŚWIAT
Żyję w innym świecie. Jestem od kilku dni u Daniela. On uczy się do egzaminów, ja doprowadzam się do stanu równowagi. Nie jest jeszcze dobrze i pewnie długo nie będzie. Ale przynajmniej mam koło siebie kogoś, kogo mogę poprosić o pomoc. Nie jestem w stanie funkcjonować normalnie. Męczą mnie proste czynności. Daniel we wszystkim mnie wyręcza. Gotuje, albo zamawiamy jedzenie, przygotowuje śniadania i kolacje, robi herbatę, biega po zakupy. Gdy czuję się lepiej, siedzimy przy kominku i rozmawiamy. On przytula mnie do siebie, nic więcej między nami nie ma. Żadnego fizycznego zbliżenia. Tylko dotknięcie dłoni, objęcie, uścisk, delikatne migotanie palców na plecach. Nic więcej mi nie trzeba. Tylko tego zwykłego ciepła, które gdzieś na co dzień ulatuje, które miota się pomiędzy niezapłaconymi rachunkami a pracą. Ciepła, które zawieszone na złączach telefonów, z powodu braku zasięgu nie jest w stanie przepłynąć, zaskoczyć, z systemów binarnych zmienić się na te ludzkie, wyczuwalne, istotne i ważne. Takie problemy XXI wieku! Problemy, które dla naszych babek i prababek nie istniały. One nie walczyły o niezależność w związkach, nie manifestowały na paradach feministek, nie przeszkadzało im z pozoru nudne i monotonne życie wypełnione dbałością o dom, praniem pieluch, pieczeniem chleba.
Pytanie, czy były szczęśliwe? Pewnie na swój sposób tak. Pewnie na swój sposób to każdy z nas jest mniej lub bardziej szczęśliwy. A jeśli mówi, że nie jest, to przeważnie nie docenia tego, co ma.
To, że chcemy nieustannie coś więcej i więcej, to, że do ideałów nam daleko, a innych (pośrednich) opcji nie przyjmujemy, bo nas nie zadowalają, powoduje frustracje, złości, wizyty u psychologów i psychoanalityków. Coraz więcej w nas powagi, coraz mniej humoru. Coraz więcej rezerwy do innych i coraz mniej rezerwy do siebie.
A może trzeba dać na luz, wywrócić wszystko do góry nogami, przeinaczyć, obrócić o 180 stopni.
Czasami mamy ochotę stać się kimś innym! A może właśnie sobą, kimś, kim jesteśmy naprawdę, a nie przyoblekać się w role, które odgrywamy na co dzień. Czasami zdarza nam się, że nie za bardzo wiemy, czego chcemy, w którą stronę podążamy, a w którą chcemy podążać. Pewnie nawet nie wiemy, co dla nas znaczy „być szczęśliwym”.
Czy jestem znudzona związkiem z Karolem. Moim małżeństwem? Byciem mamą trójki łobuzów? Czy jestem znudzona codziennością, z tak łatwym do przewidzenia jutrem. Chyba tak. W każdym bądź razie trochę na pewno. I brakuje mi w tym wszystkim jakiejś adrenaliny, zaskoczenia, przyjemności. Brakuje mi ciepła. Ono odeszło. Jest w dzieciach, owszem, one dają mi je codziennie. Ale chodzi mi o ciepło mężczyzny, dreszcz emocji, drżenie warg, podniecenie związane z oczekiwaniem, natchnienie, ekscytację. Taka uczta dla uczuć.
- Kiedy masz wizytę u lekarza? – z myśli wyrwał mnie głos Daniela
- Pojutrze, jeśli się nie mylę – dni ulatywały mi w takim tempie, że nie za bardzo ogarniałam kalendarz.
- Mam pewien pomysł – powiedział nader tajemniczo
- A jaki?
- Nie wiem, czy mogę ci zdradzić!
- Buuu! To po co mówisz?
- Żeby rozruszać twoją wyobraźnię!
- A myślisz, że tak źle już z nią?
- Nie wiem, sama mi powiedz!
- To sam się domyśl panie mądraliński!
- Oj, tylko się nie obrażaj!
- Nie obrażam!
- Już się obraziłaś!
- A wcale że nie! – odpowiedziałam jak moja Baśka!
- No ok., nie męczę cię. Jesteś chora, więc jesteś pod ochroną.
- He He, łaskawca się znalazł!
- Otóż to moja pani!
- Cóż więc zatem rzec chciałeś i zawracać głowę mi śmiałeś?
- Potrzymam cię jeszcze trochę w niepewności. Zobaczymy, co powie lekarz i wtedy ci zdradzę całą prawdę!
- Świnia z ciebie – powiedziałam z uśmiechem i rzuciłam w niego poduszką.
- Może! Ale i tak mnie lubisz!
- Auć! – zawyłam teatralnie, gdy poduszka poleciała w moją stronę!
Wygłupialiśmy się na jego sofie. Śmialiśmy do rozpuku. Jak dzieci, którym przywieziono nowy piasek do piaskownicy. Potem leżeliśmy przytuleni do siebie. Było mi tak dobrze. Niczego więcej nie potrzebowałam. Niczego nie pragnęłam. To było to. Ciepło, które biło od niego, zaangażowanie, pragnienie, które przechodziło przez nasze ciała. On głaskał delikatnie mój brzuch, nie do płaski i nie jakiś mega seksowny, bo trzy ciąże zrobiły z nim swoje, ale to nie miało znaczenia. Ja bawiłam się jego włosami. Mierzwiłam ręką jego fryzurę. Cieszyłam się, że mogę go dotykać. Ten dotyk sprawiał mi przyjemność. To było moje małe niebo na ziemi. Nic więcej nie potrzebowałam. Niczego nie pragnęłam poza tym, żeby ta chwila trwała, żeby się nie kończyła,
Jakąś godzinę później, termometr pokazał znowu prawie 40 stopni, a moje ciało leżało bezwładnie w łóżku. Wyglądałam okropnie, ale na szczęście, nie miałam fizycznej możliwości zastanawiania się nad tym. To była ciężka noc. Najgorzej, że Karol, który zadzwonił wieczorem na komórkę, coś wyczuł w moim głosie.
- Źle się czujesz – zapytał słysząc moją chrypkę
- Nie, coś mi stanęło w gardle – skłamałam.
- Na pewno wszystko w porządku? – chciał się upewnić i widocznie coś nie dawało mu spokoju
- Tak kochanie, nie masz się czym niepokoić. Już prawie wyzdrowiałam.
- To świetnie! – stwierdził. - Martwimy się z dziewczynkami o ciebie. Opowiedział mi przy okazji, co zwiedzają i co widzieli, jak małe zachwycone są inną kulturą, egzotyką Australii, jej przyrodą i klimatem. Zapytał też, co bym powiedziała na to, żeby ich wylot przesunąć o dwa tygodnie i czy możliwe byłoby usprawiedliwienie nieobecności w szkole. Sylwia też mogłaby podobno zostać dłużej i spokojnie przylecieć z dziewczynkami. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc odłożyłam decyzję na jutro.
W słowach Karola, gdy mówił o Sylwii, dało się wyczuć takie szczególne ciepło. Pierwszy raz w życiu przyłapałam się na tym, że jestem zazdrosna o moją najlepszą przyjaciółkę. A właściwie… gdyby teraz ona… z Karolem… to co wówczas. Cholera! Przecież to niemożliwe. NIEMOŻLIWE!!! Nie mogę uwierzyć, że tak w ogóle pomyślałam. Ja, która właśnie ostatnie noce spędzam u Daniela, nie czując z tego powodu wyrzutów sumienia. Oczywiście, sytuacja tego wymagała, ale też znowu bez przesady. Równie dobrze on mógł mnie tylko odwiedzać. Przecież to, że Sylwia jest teraz z Karolem to też jakby efekt zbiegu wydarzeń. I tak naprawdę to ona mi ogromnie pomogła. I dzięki niej dziewczynki mogły lecieć na upragnione wakacje i pobyć z ojcem.
- Widzę, że coś ci chodzi po głowie – Daniel wyrwał mnie z zakręconych nieco myśli
- Coś mi nie daje spokoju po telefonie Karola – przyznałam się od razu i wyjaśniłam moje bzdurne wątpliwości. - To taka hipokryzja z mojej strony, nie sądzisz – zapytałam
- Poniekąd tak, z jednej strony zazdrość nie daje ci spać, z drugiej wcale nie żałujesz, że cię tam nie ma.
- No właśnie. Idiotyczne.
- Rzekłbym, ludzkie.
- Wiesz, czuję się tak, jakby życie z tobą było w innym wymiarze. Zupełnie odosobnione, niezwiązane z Karolem, dziećmi. Nie czuję się winna, bo niby nic złego nie robię, a z drugiej strony coraz częściej nie wyobrażam sobie, że ciebie mogłoby nagle zabraknąć. Nie jesteś kimś zupełnie obojętnym, jesteś… - i tu przerwałam. W tej właśnie chwili zdałam sobie sprawę, że nasza znajomość nie jest już zupełnie niezobowiązująca, bez zaangażowania, czysto koleżeńska. To jest coś więcej. Coś więcej niż przyjaźń, o ile o przyjaźni damsko-męskiej można w ogóle mówić.
- Dokończ… - poprosił
- Jeszcze nie… lepiej nie…
- Proszę
- Czasami słowa są zbędne. Myślę, że oboje doskonale wyczuwamy pewne rzeczy, nie musimy o nich mówić.
- I proszę. Inteligentnie wymigałaś się od odpowiedzi.
Daniel kolejny raz rozładował napiętą atmosferę śmiechem. Uwielbiałam tę jego cechę. Z Karolem było zupełnie inaczej. Na poważnie, bez żartów, bez wygłupów i bez humoru! I choć może nie powinnam ich ze sobą porównywać, robiłam to mimochodem. Ostatnio – bardzo często.
Dwa dni później, po wizycie u lekarza, gdy okazało się, że z moim zdrowiem jest coraz lepiej, Daniel zdradził mi swój pomysł.
- Co byś powiedziała na wyjazd w góry
- W góry?
- Mam mały domek koło Zakopanego. Stoi pusty. Moglibyśmy tam pojechać. Doktor mówił, że zmiana klimatu dobrze ci zrobi. A skoro i tak dzieciaki wracają w marcu, po co siedzieć w tej Warszawie.
środa, 13 lipca 2011
ODCINEK 24 - BEZ ZMIAN
Po wizycie Korneli, świat wydał mi się znowu jakiś bardziej optymistyczny. Nawet swoją znajomość z Danielem przestałam widzieć wyłącznie z perspektywy wyrzutów sumienia. Po pierwsze, między nami do niczego nie doszło, po drugie – owszem, pociąga mnie zarówno intelektualnie jak i fizycznie, ale przecież nie on pierwszy i nie ostatni. To, co jest między nami to tylko niewinny flirt. Lubimy spędzać ze sobą czas, ale przecież nawet w życiu go nie pocałowałam. Mogłabym się w nim zakochać, pokochać go, ale to już byłaby zdrada. Zdrada, która czasami bardziej rani niż fizyczne zbliżenie.
I wiem, że gdybym zerwała z nim kontakt, to wszystko byłoby łatwiejsze i… czystsze. Ale nie umiem. Albo nie, inaczej… umiem ale nie chcę. Chcę, żeby trwało, płynęło swoim własnym nurtem, ani nie było za głębokie ani za płytkie.
Takie to nasze życie. Pełne trudnych decyzji, wzlotów i upadków, radości i zmartwień.
Moja gorączka znowu wraca jak bumerang. Czuję się fatalnie. Jeszcze na dodatek ktoś dzwoni do drzwi. Listonosz. Przyniósł przezabawne prześmieszne walentynki, które dziewczynki wysłały do mnie przed wyjazdem jeszcze.
Otrzymałam więc trzy listy. Od Kasi, Basi i Asi! Są fantastyczne te moje dzieciaki! Piszę im jeszcze smska z podziękowaniem! Niech wiedzą, jaką mi radość sprawiły, urwisy moje!
Dzwonek do drzwi kolejny. Szlag. Znowu muszę się podnieść z łóżka. Podejrzewam tym razem walentynkę od Karola. Zamiast walentynki jednak i listonosza, w drzwiach stoi Daniel.
- Nie zadzwoniłaś, a słyszałem, że chorujesz, więc przyszedłem.
- Pisałam ci wiadomość, że dziękuję za przesyłkę
- Nic nie dostałem?
- Naprawdę pisałam. Zaraz po wyjściu Kornelii. Wysyłałam na twoją skrzynkę mailową.
- A no to może tak. Od paru dni nie sprawdzałem maila. Pochłonięty byłem nauką do egzaminów przed obroną doktoratu.
- Już kończysz? Co się napijesz?
- Nie rób sobie kłopotu. Coś słabo wyglądasz. Dobrze się czujesz?
- W miarę – skłamałam, bo czułam się fatalnie. Chciałam się tylko położyć spać. Kręciło mi się w głowie i miałam wrażenie, że jeśli za chwilę nie usiądę, to zemdleję.
- Zdaje mi się, że raczej wiele poniżej „miary”.
- Daj spokój! Mów, co z tym doktoratem – zgrywam odważną i osuwam się na krzesło.
- Pomogę ci – mówi Daniel i zanosi mnie do łóżka.
Zasypiam w przeciągu minuty. Gdy budzę się po jakiejś godzinie, może dwóch Daniel jest ciągle przy mnie. Sen porywa mnie znowu, a ja odurzona gorączką, poddaję mu się bez walki. Męczą mnie dziwne koszmary. Kiedy wstaję, jest już wieczór. Idę do kuchni zrobić herbatę. Przy stole siedzi Daniel i czyta książkę.
- Cześć. Nie widziałem jak wstałaś.
- A ja zupełnie zapomniałam o twojej obecności. Przepraszam. Nie powinnam spać.
- Przesadzasz! Miałaś wysoką temperaturę. Zastanawiałem się, czy nie wzywać pogotowia.
- Dzięki, że przy mnie byłeś.
Zjedliśmy kolację, którą Daniel zrobił. Naleśniki z czekoladą. Uwielbiam! Pochłonęłam cztery!
- Alicja, mam pomysł! Myślałem o tym, jak spałaś.
- To słucham cię – uśmiechnęłam się do niego. O wiele lepiej się czułam.
- Pojedziemy do mojego mieszkania i zamieszkasz – oczywiście dopóki nie wyzdrowiejesz – u mnie.
- No coś ty! Nie mogę!
- Ala, nie możesz być sama przecież!
- No ale nie mogę mieszkać u ciebie.
- Ja mam teraz wolne w pracy, bo uczę się do egzaminów, więc mógłbym być z tobą.
- Daniel! Dzięki wielkie, ale dam radę przecież! Nie będę cię odrywała od książek. To teraz dla ciebie najważniejsze. Musisz zdać te egzaminy.
- Spokojnie, przy tobie będę mógł się też uczyć. Śpisz przez większość dnia, nawet gdy masz gości – zażartował i rozbawił mnie na dobre.
- Wystarczy, że będziesz mnie odwiedzał co jakiś czas.
- Ok. zgadzam się w takim bądź razie.
Gdy Daniel był teraz ze mną, czułam się tak, jakby nic poza nami nie istniało. Jakby nie było dziewczynek, Karola. Jakbyśmy byli tylko my. Nikt więcej. Byłam szczęśliwa w tym naszym świecie, mimo iż wiedziałam, że to iluzja, marzenie, że to nierealne zupełnie. Chciałam jednak żeby trwało. Żeby nic nie zakłóciło tego spokoju, ciszy, radości dwóch osób.
Parę godzin po kolacji dostałam dreszczy i zrobiło mi się strasznie zimno. Położyłam się do łóżka. Daniel przyniósł mi herbatę i zmierzył temperaturę. Zadzwonił do znajomego lekarza, żeby przyjechał i mnie zbadał. Okazało się, że mam poważne zapalenie płuc. Rano zrobiłam rentgen klatki piersiowej, który potwierdził diagnozę.
- Powinna pani iść do szpitala – powiedział lekarz z pełną powagą
- Ale ja tak nie lubię szpitali
- Ma pani kogoś, kto mógłby panią się zaopiekować? Powinna pani w ogóle nie wychodzić z łóżka.
- Właściwie teraz to… - zaczęłam z niemałym wahaniem
- Tak, ma kogoś – wtrącił Daniel
- Zatem nie będę panią kierował na oddział. Przepiszę pani zastrzyki. Są dosyć bolesne, ale powinny pomóc.
- To co? Do ciebie czy do mnie? – zapytał Daniel, gdy wyszliśmy z gabinetu
- Ale…
- Tylko nie zaczynaj, proszę cię! Lekarz powiedział ci wyraźnie. No ewentualnie możesz wybrać jeszcze szpital!
- Nie mogę cię tak nadwyrężać
- Nie nadwyrężasz
- Nie mogę ci zawracać głowy
- Nie zawracasz
- Musisz się uczyć
- I będę
- Ale będę ci przeszkadzać
- Nie będziesz
- A jak będę chciała herbaty non stop?
- To zaparzę w termosie
- A jak nie będę mogła zasnąć?
- Przeczytam ci fragment książki do egzaminu z filozofii, uśniesz w mgnieniu oka
- A jak będę marudziła?
- Włączę muzykę
- A jak ci się znudzę
- Nie znudzisz. Za bardzo cię… lubię.
Ustaliliśmy, że pojedziemy do Daniela po jego rzeczy i wrócimy do mnie. Daniel mieszkał na osiedlu jednorodzinnych domków na Mokotowie. Teraz wszystko usłane było śniegiem. Wyglądało cudnie.
- Zaczekasz w samochodzie czy dasz radę wejść na chwilkę?
- Zaczekam, jeśli ci to niedługo zajmie.
- Jakiś kwadrans
- Ok.
- A może dasz się zaprosić na herbatkę. Nie byłaś jeszcze u mnie.
- To może się skuszę. Jakoś lepiej się czuję i nie chce mi się samej siedzieć w aucie.
Z herbatki zrobiła się godzina, potem dwie. Daniel zamówił obiad z jakiejś włoskiej knajpy. Potem oglądaliśmy telewizję. Było tak przytulnie. Zapalił w kominku, więc siedzieliśmy grzejąc się jego ciepłem.
- A mogłabym zostać u ciebie? – zapytałam nieśmiało
- Jasne. Bardzo się cieszę. Zaraz skoczę do sklepu i kupię ci szczoteczkę do zębów i jakąś piżamę. Innych strojów raczej nie będziesz potrzebowała – uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. Delikatnie i czule. Chciałabym, żeby był mój. Żałowałam, że nie spotkałam go parę lat wcześniej. Ale nie miałabym wtedy dziewczynek. Nie miałabym swojego życia. Karola. I przecież wtedy byliśmy zupełnie inni. I on i ja. Kto wie, czy zdołalibyśmy być ze sobą, czy chcielibyśmy. Teraz los nas zetknął ze sobą i dał Katy do gry. Jak rozegramy tą partię zależy tylko od nas.