środa, 13 lipca 2011

ODCINEK 24 - BEZ ZMIAN

Po wizycie Korneli, świat wydał mi się znowu jakiś bardziej optymistyczny. Nawet swoją znajomość z Danielem przestałam widzieć wyłącznie z perspektywy wyrzutów sumienia. Po pierwsze, między nami do niczego nie doszło, po drugie – owszem, pociąga mnie zarówno intelektualnie jak i fizycznie, ale przecież nie on pierwszy i nie ostatni. To, co jest między nami to tylko niewinny flirt. Lubimy spędzać ze sobą czas, ale przecież nawet w życiu go nie pocałowałam. Mogłabym się w nim zakochać, pokochać go, ale to już byłaby zdrada. Zdrada, która czasami bardziej rani niż fizyczne zbliżenie.

I wiem, że gdybym zerwała z nim kontakt, to wszystko byłoby łatwiejsze i… czystsze. Ale nie umiem. Albo nie, inaczej… umiem ale nie chcę. Chcę, żeby trwało, płynęło swoim własnym nurtem, ani nie było za głębokie ani za płytkie.

Takie to nasze życie. Pełne trudnych decyzji, wzlotów i upadków, radości i zmartwień.

Moja gorączka znowu wraca jak bumerang. Czuję się fatalnie. Jeszcze na dodatek ktoś dzwoni do drzwi. Listonosz. Przyniósł przezabawne prześmieszne walentynki, które dziewczynki wysłały do mnie przed wyjazdem jeszcze.

Otrzymałam więc trzy listy. Od Kasi, Basi i Asi! Są fantastyczne te moje dzieciaki! Piszę im jeszcze smska z podziękowaniem! Niech wiedzą, jaką mi radość sprawiły, urwisy moje!

Dzwonek do drzwi kolejny. Szlag. Znowu muszę się podnieść z łóżka. Podejrzewam tym razem walentynkę od Karola. Zamiast walentynki jednak i listonosza, w drzwiach stoi Daniel.

- Nie zadzwoniłaś, a słyszałem, że chorujesz, więc przyszedłem.

- Pisałam ci wiadomość, że dziękuję za przesyłkę

- Nic nie dostałem?

- Naprawdę pisałam. Zaraz po wyjściu Kornelii. Wysyłałam na twoją skrzynkę mailową.

- A no to może tak. Od paru dni nie sprawdzałem maila. Pochłonięty byłem nauką do egzaminów przed obroną doktoratu.

- Już kończysz? Co się napijesz?

- Nie rób sobie kłopotu. Coś słabo wyglądasz. Dobrze się czujesz?

- W miarę – skłamałam, bo czułam się fatalnie. Chciałam się tylko położyć spać. Kręciło mi się w głowie i miałam wrażenie, że jeśli za chwilę nie usiądę, to zemdleję.

- Zdaje mi się, że raczej wiele poniżej „miary”.

- Daj spokój! Mów, co z tym doktoratem – zgrywam odważną i osuwam się na krzesło.

- Pomogę ci – mówi Daniel i zanosi mnie do łóżka.

Zasypiam w przeciągu minuty. Gdy budzę się po jakiejś godzinie, może dwóch Daniel jest ciągle przy mnie. Sen porywa mnie znowu, a ja odurzona gorączką, poddaję mu się bez walki. Męczą mnie dziwne koszmary. Kiedy wstaję, jest już wieczór. Idę do kuchni zrobić herbatę. Przy stole siedzi Daniel i czyta książkę.

- Cześć. Nie widziałem jak wstałaś.

- A ja zupełnie zapomniałam o twojej obecności. Przepraszam. Nie powinnam spać.

- Przesadzasz! Miałaś wysoką temperaturę. Zastanawiałem się, czy nie wzywać pogotowia.

- Dzięki, że przy mnie byłeś.

Zjedliśmy kolację, którą Daniel zrobił. Naleśniki z czekoladą. Uwielbiam! Pochłonęłam cztery!

- Alicja, mam pomysł! Myślałem o tym, jak spałaś.

- To słucham cię – uśmiechnęłam się do niego. O wiele lepiej się czułam.

- Pojedziemy do mojego mieszkania i zamieszkasz – oczywiście dopóki nie wyzdrowiejesz – u mnie.

- No coś ty! Nie mogę!

- Ala, nie możesz być sama przecież!

- No ale nie mogę mieszkać u ciebie.

- Ja mam teraz wolne w pracy, bo uczę się do egzaminów, więc mógłbym być z tobą.

- Daniel! Dzięki wielkie, ale dam radę przecież! Nie będę cię odrywała od książek. To teraz dla ciebie najważniejsze. Musisz zdać te egzaminy.

- Spokojnie, przy tobie będę mógł się też uczyć. Śpisz przez większość dnia, nawet gdy masz gości – zażartował i rozbawił mnie na dobre.

- Wystarczy, że będziesz mnie odwiedzał co jakiś czas.

- Ok. zgadzam się w takim bądź razie.

Gdy Daniel był teraz ze mną, czułam się tak, jakby nic poza nami nie istniało. Jakby nie było dziewczynek, Karola. Jakbyśmy byli tylko my. Nikt więcej. Byłam szczęśliwa w tym naszym świecie, mimo iż wiedziałam, że to iluzja, marzenie, że to nierealne zupełnie. Chciałam jednak żeby trwało. Żeby nic nie zakłóciło tego spokoju, ciszy, radości dwóch osób.

Parę godzin po kolacji dostałam dreszczy i zrobiło mi się strasznie zimno. Położyłam się do łóżka. Daniel przyniósł mi herbatę i zmierzył temperaturę. Zadzwonił do znajomego lekarza, żeby przyjechał i mnie zbadał. Okazało się, że mam poważne zapalenie płuc. Rano zrobiłam rentgen klatki piersiowej, który potwierdził diagnozę.

- Powinna pani iść do szpitala – powiedział lekarz z pełną powagą

- Ale ja tak nie lubię szpitali

- Ma pani kogoś, kto mógłby panią się zaopiekować? Powinna pani w ogóle nie wychodzić z łóżka.

- Właściwie teraz to… - zaczęłam z niemałym wahaniem

- Tak, ma kogoś – wtrącił Daniel

- Zatem nie będę panią kierował na oddział. Przepiszę pani zastrzyki. Są dosyć bolesne, ale powinny pomóc.

- To co? Do ciebie czy do mnie? – zapytał Daniel, gdy wyszliśmy z gabinetu

- Ale…

- Tylko nie zaczynaj, proszę cię! Lekarz powiedział ci wyraźnie. No ewentualnie możesz wybrać jeszcze szpital!

- Nie mogę cię tak nadwyrężać

- Nie nadwyrężasz

- Nie mogę ci zawracać głowy

- Nie zawracasz

- Musisz się uczyć

- I będę

- Ale będę ci przeszkadzać

- Nie będziesz

- A jak będę chciała herbaty non stop?

- To zaparzę w termosie

- A jak nie będę mogła zasnąć?

- Przeczytam ci fragment książki do egzaminu z filozofii, uśniesz w mgnieniu oka

- A jak będę marudziła?

- Włączę muzykę

- A jak ci się znudzę

- Nie znudzisz. Za bardzo cię… lubię.

Ustaliliśmy, że pojedziemy do Daniela po jego rzeczy i wrócimy do mnie. Daniel mieszkał na osiedlu jednorodzinnych domków na Mokotowie. Teraz wszystko usłane było śniegiem. Wyglądało cudnie.

- Zaczekasz w samochodzie czy dasz radę wejść na chwilkę?

- Zaczekam, jeśli ci to niedługo zajmie.

- Jakiś kwadrans

- Ok.

- A może dasz się zaprosić na herbatkę. Nie byłaś jeszcze u mnie.

- To może się skuszę. Jakoś lepiej się czuję i nie chce mi się samej siedzieć w aucie.

Z herbatki zrobiła się godzina, potem dwie. Daniel zamówił obiad z jakiejś włoskiej knajpy. Potem oglądaliśmy telewizję. Było tak przytulnie. Zapalił w kominku, więc siedzieliśmy grzejąc się jego ciepłem.

- A mogłabym zostać u ciebie? – zapytałam nieśmiało

- Jasne. Bardzo się cieszę. Zaraz skoczę do sklepu i kupię ci szczoteczkę do zębów i jakąś piżamę. Innych strojów raczej nie będziesz potrzebowała – uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. Delikatnie i czule. Chciałabym, żeby był mój. Żałowałam, że nie spotkałam go parę lat wcześniej. Ale nie miałabym wtedy dziewczynek. Nie miałabym swojego życia. Karola. I przecież wtedy byliśmy zupełnie inni. I on i ja. Kto wie, czy zdołalibyśmy być ze sobą, czy chcielibyśmy. Teraz los nas zetknął ze sobą i dał Katy do gry. Jak rozegramy tą partię zależy tylko od nas.

środa, 6 lipca 2011

ODCINEK 23 - FERIE ZIMOWE

No tak! Nie w ten sposób wyobrażałam sobie swoje ferie zimowe jeszcze miesiąc temu! Ba! Nawet jeszcze kilka dni temu! No ale jak widać, los lubi nam płatać figle, a niektórzy mają względem nas inne plany.

Cieszę się, że Sylwia poleciała z dziewczynkami. Inaczej byłaby klapa. One byłyby załamane, ja też, a tak przynajmniej pobędą jakiś czas z ojcem. I dobrze! Mi smutno, no ale co mam zrobić.

Właśnie dzwonił Karol z informacją, że dzieciaki już dotarły. Zmęczone ale szczęśliwe. Jadą teraz do domu. Jego domu. Nie tutaj, ale tam. Tysiące kilometrów stąd. Pytał się, jak się czuję i czy mama już jest. Skłamałam, żeby się nie martwił, zapewniając, że już ze mną dużo lepiej, a mama nad wszystkim panuje. W rzeczywistości ani ze mną nie było dobrze ani mama nie przyjechała, bo jest w sanatorium. Prawda nie do końca jest chyba tutaj konieczna, bo po co mam ich niepotrzebnie martwić, zwłaszcza, że przed nimi prawie trzy tygodnie wakacji!

Wstawiłam wodę na herbatę i włączyłam radio. Na telewizor nie chce mi się patrzeć, zwłaszcza, że same powtórki teraz. O, akurat leci „Czas nas uczy pogody” Grażyny Łobaszewskiej … Hmmm… Nastroiła mnie jakoś optymistycznie (kojarzy mi się z pewną Gosią ze szkoły. Prześliczny miała głos). W lodówce nic nie ma. Dobrze, że są zakupy przez internet. Zamawiam, a ktoś ze sklepu przywozi mi do domu wszystko. Bez wychodzenia, stania w kolejkach, męczenia dzieci. Dziwię się, że wcześniej na to nie wpadłam. Ależ owszem, słyszałam od znajomych, ale jakoś tak zawsze bez przekonania. Pierwszy raz zamówiłam w listopadzie, potem dwa razy w grudniu, no i teraz. Niesamowicie wygodne i praktyczne. Czekam więc z niecierpliwością na realizację. Gorączka znowu daje się we znaki. Powoli opadam z sił. Zasypiam na kanapie. Budzi mnie dzwonek kuriera. Na mój widok (muszę wyglądać tragicznie), oferuje, że zaniesie paczki do kuchni. Nawet włożył mi mięso do lodówki. Bardzo miły. Chciałam mu dać napiwek, ale nie mogłam znaleźć torebki. W kurtce miałam pięciozłotówkę, więc przepraszając, że tak mało, wręczyłam mu ją do ręki.

Gdy wyszedł, padłam na kanapę. Budzę się kilka godzin później. Totalnie wyzuta z sił. Nie potrafię nawet podnieść się z łóżka. Sięgam więc po termometr. No to ładnie! Prawie 40 stopni. Chce mi się pić, a najbliższa butelka wody stoi w kuchni. Wołam Kasię, po czym uświadamiam sobie, że przecież dziewczynek nie ma. Jestem sama, samiuteńka, zdana tylko na siebie.

Oczy mi się znowu zamykają, ale rozum podpowiada, że powinnam napić się choć łyczka jakiegoś płynu. No i muszę wziąć tabletki.

- Zadzwonię do lekarza i zamówię wizytę domową! – nagle wpadam na genialny pomysł, po czym uświadamiam sobie, że wcale taki genialny on nie jest! Przecież (primo) u lekarza byłam niedawno i wszelkie potrzebne lekarstwa mam przepisane (tylko leżą w apteczce w kuchni) no a jak on mnie zobaczy (secundo) to dowiadując się, że jestem bez opieki, wyśle mnie do szpitala. A tam pod żadnym pozorem nie mogę wylądować!

Zasypiam. Mam omamy senne. Śni mi się, że jadę pociągiem i nagle on spada w przepaść a ja z nim. Budzę się oblana potem. Nie do końca chyba rozumiem, co się dookoła mnie dzieje.

Zbieram w sobie wszystkie siły na podróż do kuchni. Przynoszę wszelkie potrzebne rzeczy na stolik w dużym pokoju, abym mogła spokojnie sobie leżeć i nie umrzeć przy okazji z głodu i z pragnienia. Zażyłam tabletki i czuję się o niebo lepiej. Nie mam już gorączki (przynajmniej na razie), co w ogóle jest fantastyczne! Udaje mi się przespać noc. Rano zbieram się pod prysznic, ale robi mi się słabo, więc rezygnuję. Nie ma co ryzykować.

Gdy dzwoni telefon „ukryty” jestem przekonana, że to dziewczynki się dobijają. Komputera nie mam włączonego, więc nie rozmawialiśmy na skypie. W sumie może i dobrze, jeszcze by zobaczyły, w jakim jestem stanie.

- Cześć Alicja – no to z pewnością nie dziewczynki

- Cześć – odpowiadam, nie wiedząc nadal z kim rozmawiam

- Chyba mnie nie poznajesz – inteligentna bestia płci żeńskiej doskonale wyczuwa moje zdziwienie

– Kornelia

No tak! Dopiero teraz sobie przypominam ten charakterystyczny niski głos

- Cześć Kornelia.

- Dzwonię kochana, żeby zapytać, jak się czujesz. Słyszałam, że zostałaś sama w domu, a dzieciaki poleciały bez ciebie.

- No coś w tym stylu

- A masz kogoś, kto ci na przykład zrobi zakupy

- No z tym w Warszawie to na szczęście najmniejszy problem

- Rzeczywiście, głupie pytanie

- A jak się czujesz?

Nie chce mi się jakoś kłamać i opowiadam Kornelii o mojej sytuacji. Nie jest różowo, no ale też bez przesady. Nie jest tak źle. Dopóki oczywiście nie mam gorączki.

- Mogę wpaść do ciebie?

- Jasne, będzie mi bardzo miło!

- To dawaj adres i za godzinę jestem!

Jak powiedziała, tak zrobiła. To osoba, która nigdy się nie spóźnia. Niesamowicie uczciwa i szczera. Mówi wprost to, co myśli. Nie oszukuje, nie ściemnia, nie obgaduje za plecami. Kiedyś opowiedziała mi, dlaczego tak postępuje.

- Wiesz, nie byłam tak wychowana, bynajmniej – pamiętam jak opowiadała, gdy któregoś zimowego wieczoru siedziałyśmy w knajpie niedaleko biblioteki. Nieczęsto udaje nam się tak wyjść – praca, dom, dzieci, zakupy, itd. No ale czasami? Czemu nie!

- Miałam ojca alkoholika, znasz kogoś z tym problemem

- Nie, ale na studiach miałam praktyki w bibliotece, która mieściła się w centrum leczenia uzależnień

- No to kojarzysz mniej więcej te przypadki

- Bardziej mniej niż więcej – odpowiedziałam – ale niektórzy, mając potrzebę wygadania się, rozmawiali ze mną

- No właśnie. Mój ojciec to gnój. Jak nie pił, też nie był lepszy. Bił matkę prawie codziennie. Jakby to był jego poobiedni rytuał. Gdy przychodził pijany to przynajmniej zasypiał szybciej i krócej to trwało. Mama była sprzątaczką w gminnej bibliotece. Spędzałam z nią tam całe dnie, odrabiałam lekcje, uczyłam się i czytałam książki. To tam zdecydowałam, że zostanę bibliotekarką. Podobała mi się cisza tego miejsca i jego dostojeństwo. Poza tym uwielbiałam książki. Chłonęłam je jedna po drugiej. W wieku 10 lat przeczytałam całą trylogię Sienkiewicza i wszystkie pozycje Prusa. Niewiele wówczas rozumiałam, ale czytałam. Była to jedyna możliwość przebywania w innym świecie, z dala od alkoholu i przemocy. I od tego kłamstwa, które szerzyło się wszędzie.

Gdy ktoś widział na ulicy mnie i matkę, uśmiechał się miło, pozdrawiał, pytał ze współczuciem, a potem odwracał się i „nadawał” za naszymi plecami. Nienawidziłam tego. Tej ułudy, pozorów, fałszu.

Ja sama też musiałam kłamać. Zwłaszcza przed ojcem. Nieraz ukrywałam mamę u siebie w łóżku, mówiłam, że musiała zostać jeszcze w bibliotece. Dzięki temu nie oberwała od ojca. Kłamałam w szkole, gdy pani pytała, czy jadłam obiad i czy nie jestem głodna. Obiad był zawsze, ale bardzo często sama zupa, która dorastającej dziewczynie nie dawała zbyt dużo energii. Marzyłam o tym, żeby mieć dwudaniowy posiłek - mięso, sałatkę. U nas na okrągło kasza i ziemniaki. Mięso raz w tygodniu, czasami dwa, czasami w ogóle. Mama robiła, co mogła, ale nie zawsze udawało jej się wiązać koniec z końcem. Zwłaszcza wtedy, gdy ojciec ukradł jej całą pensję i przepił. Nie miała nawet od kogo pożyczyć. Cały miesiąc jadłyśmy chleb z masłem.

Paradoksalnie, najszczęśliwszymi latami mojego dzieciństwa były te, kiedy mój ojciec siedział w więzieniu. Dostał wyrok na trzy lata za kradzież w sklepie. Ukradł wódkę i papierosy. Wypuścili go po dwóch latach za dobre sprawowanie (kolejny paradoks – jak całe moje życie). Wrócił do domu i pierwszego wieczoru tak sprał moją mamę, że musiałam wzywać pogotowie. Miała złamaną rękę i stłuczone żebra. Walnął jej pięścią w oko z taką siłą, że omal nie straciła wzroku. Leżała przez dwa miesiące w szpitalu. I to był przełom. Tam poznała kobietę, która zajmowała się pomaganiem ofiarom przemocy domowej. Zaproponowała, żebyśmy się przeniosły do Warszawy (mieszkałyśmy we wsi pod Siedlcami). Zaoferowała pomoc w znalezieniu mieszkania i pracy. Do czasu wyjścia mamy ze szpitala już wszystko załatwiła. Nazywałyśmy ją naszym dobrym aniołem. Ciocia Misia (zdrobniale od Faustyna Michalkiewicz).

Mama rozwiodła się ojcem. Opieka nade mną została jej przyznana, więc zmuszony był płacić alimenty, czego rzecz jasna nie robił. Wylądował znowu w więzieniu. Tym razem za pobicie. Mama w tym czasie sprzedała nasze gospodarstwo. Część, która należała się ojcu wpłaciła na moje konto – akurat tyle wyniosły alimenty zaległe i za czas, kiedy ojciec siedział w pace. Wykorzystałam je dopiero na studiach. Za mamy część ze sprzedaży domu pomalowałyśmy nasze mieszkanie, kupiłyśmy sobie meble i opłaciłyśmy kurs angielskiego dla mnie i dla niej. Mama zapisała się też do liceum wieczorowego, a potem skończyła dwuletnie studium krawieckie. Była w tym rewelacyjna i w krótkim czasie wieść rozeszła się po osiedlu. Niezły miała na tym zarobek. Od 6 do 14 pracowała w sklepie, a po pracy szyła. Uwielbiała to. Kilka lat później odeszła ze spożywczaka i zajęła się na dobre szyciem. Założyła własną firmę, zaczęła projektować, wysyłała swoje projekty do różnych domów mody (wtedy już całkiem nieźle posługiwała się angielskim). Zauważyła ją jedna z topowych marek i zatrudniła u siebie. Została projektantką mody damskiej. To już były konkretne pieniądze. Zmieniłyśmy mieszkanie, mama część swoich dochodów przelewała na fundację cioci Misi. Uważała, że tak jest uczciwie. Dzięki cioci zobaczyła, że można inaczej żyć i wyszła (jak to ona mówił) z wielkiego gówna, w którym trwała przez tyle lat.

Ja w tym czasie skończyłam studia bibliotekarskie. Wyjechałam do pracy zagranicę. Przez dwa lata pracowałam we francuskiej bibliotece, potem wróciłam do kraju. Poznałam Michała, mojego męża, kupiliśmy mały domek na obrzeżach Warszawy i tak nam to życie się układa. Mama jest teraz fantastyczną babcią. Odkąd jest na emeryturze, więcej czasu spędza z wnukami, zabiera Jasia i Małgosię do siebie, chodzą razem do Łazienek, karmią kaczki, a zeszłej zimy cała trójka pojechała we włoskie Dolomity uczyć się jazdy na nartach. Gdy dołączyliśmy z Michałem do nich po tygodniu, nieźle śmigali. Babcia także.

Od czasu jak poznaliśmy Misię, nasze życie się odmieniło. Przyrzekłyśmy sobie z mamą, że będziemy żyć uczciwie. W prawdzie ze sobą i naszą wiarą. Nauczyłyśmy się tego od niej. Szczerości, dobroci, szlachetnego serca. Nie na pokaz, ale dlatego, że chcemy komuś pomóc. Dosyć było kłamstwa i fałszerstwa, dosyć rozmów za plecami. Gdy powróciłyśmy pewnej jesieni na grób rodziców mamy, ludzie zdziwieni, nie potrafili oderwać od nas oczu. Ale byli mili, ale nasłyszałyśmy się komplementów. Te same baby, które wieszały na nas koty jeszcze kilka lat temu. Fałszywość. Zazdrość. O, to ich cechy charakteru. W drodze powrotnej mama w samochodzie powiedziała: „biedni ludzie”. I nie chodziło jej o status majątkowy.

Ta rozmowa została mi w pamięci. Poznałam przypadkowo panią Wandę i ciocię Misię, gdy robiłyśmy w bibliotece zbiórkę dla fundacji. Ależ z nich bije energia, radość, chęć działania. Niesamowite osoby. Niesamowita charyzma. Dużo, oj dużo, mi jeszcze do nich brakuje!

- Cześć chorowitku! – przywitała mnie dzisiaj – Kto to widział, żeby zalec w łóżku, jak reszta wyjeżdża do Australii.

- Też się nad tym zastanawiam – uśmiechnęłam się do niej

- Zrobię ci rosół! To najlepsze na wszystkie choroby!

- Ale chyba nie mam żadnego mięsa w lodówce

- Ja mam wszystko – powiedziała i pokazała na dwie ogromne torby z zakupami!

- A co to?

- To dla ciebie! Jedna torba ode mnie a druga od Daniela

- Daniela? Jakiego Daniela?

- Naszego przystojniaka z biblioteki. Spotkaliśmy się w sklepie. Przypadek jakich mało. Zapytał, co robię i powiedziałam, że właśnie idę do ciebie, bo jesteś chora. Zdziwił się nie wiadomo dlaczego i chwilę później, gdy stałam przy kasach, podszedł do mnie i wręczył mi tę niebieską torbę mówiąc, że to dla ciebie. Chyba cię lubi.

- He He, nie mniej niż ciebie.

- No mi zakupów nawet nie zaproponował – zaśmiała się serdecznie

- Wiesz, kilka razy spotkaliśmy się z Danielem

- Wiem

- Wiesz, a skąd – zastanawiałam się nad tym, bo nikomu nie mówiłam.

- Przecież to widać kochana, widać jak on na ciebie patrzy, jak ty na niego.

- Tak?

- No tak tak! Znamy się nie od dzisiaj i trochę mogę powiedzieć.

- Ale wiesz, to nic poważnego

- Alicja, nawet jeśli, to to nie moja sprawa. Twoje życie, twoje decyzje, twoje szczęście. Postępuj zgodnie z własnym sumieniem, a nie przejmuj się, co ludzie na około gadają. - Ciesz się życiem, kochaj je – kontynuowała. - Pamiętaj, że masz Karola i dzieciaki. Nie skrzywdź ich, jeśli nie jesteś pewna, że to coś poważnego. A jeśli wiesz… na zabój i wiecznie to kochaj… Tylko powiedz Karolowi, żeby być uczciwą wobec niego, bo na to zasługuje.

- Nie, to nie na zabój… - powiedziałam i podczas, gdy ona mieszała w garnku opowiedziałam jej całą historię.

środa, 29 czerwca 2011

ODCINEK 22 - AUSTRALIA OPEN

ODCINEK 22

AUSTRALIA OPEN

Po tym, jak Daniel się odnalazł, mogę spokojnie rozpocząć przygotowania do naszej podróży. Dziewczynki już niemal spakowane, choć czasu jeszcze trochę zostało. Kasia z Basią zaliczają jakieś sprawdziany, aby mieć lepsze oceny na półrocze. Tutaj rzeczywiście mogę być dumna z moich córek. I jedna i druga mają wysokie noty, co przecież zawsze cieszy rodziców. Zastanawiam się tylko, jak one to robią, tak niewiele czasu spędzając nad książkami. Pewnie odziedziczyły te zdolności po ojcu. Ze mnie był trochę większy obibok. Nigdy nie cierpiałam matematyki, fizyki i w ogóle tych wszystkich przedmiotów ścisłych, a one wręcz przeciwnie – tak jak Karol. Oprócz tego każda z nich ma jeszcze swoje pasje, które gdzieś tam sobie realizuje. Basia – śpiewanie, a Kasia rysunek i architekturę. O Asi ciężko coś powiedzieć, za mała, a po tym, co można zaobserwować, trudno wysuwać konkretne wnioski.

- Dzień dobry – telefon wyrwał mnie z łóżka (mam dziś wolne i zamierzałam trochę poleniuchować)

- Dzień dobry – odpowiadam, choć nie wiem, z kim rozmawiam. Numer warszawski mi się wyświetlił, który zupełnie nic mi nie mówi

- Maria Nilke. Jestem dyrektorem liceum, do którego uczęszcza pani córka.

- Coś się stało? – pytam zdenerwowana

- Proszę się nie niepokoić. To nic strasznego, ale Kasia ma wysoką gorączkę i słabo się czuje. Nie chcieliśmy jej puszczać do domu samej, więc dzwonimy do pani. Czy może pani przyjechać po córkę. Myślę, że musi ją zobaczyć lekarz.

- Naturalnie, już jadę. Aha – dodaję po chwili – dziękuję za telefon.

Ubieram się w dżinsy i bluzkę, którą wczoraj miałam na sobie. Nic innego nie znajduję pod ręką. Zresztą nie takie rzeczy są teraz najważniejsze. Chcę być z moją córką i dowiedzieć się, o co dokładnie chodzi.

Do szkoły docieram w zawrotnym tempie, biorąc pod uwagę jakieś gigantyczne opady śniegu, które w ciągu nocy spowodowały niemałe utrudnienia na drogach. Samochód parkuję na miejscu dla nauczycieli. Wszystkie inne są zajęte. No nic, najwyżej będę się tłumaczyć. Wpadam do gabinetu dyrektorki bez pukania. Nieładnie. Sekretarka informuje mnie, że Kasia jest w gabinecie pielęgniarki na parterze, tuż koło sali gimnastycznej. Jakby nie patrzeć, trafna lokalizacja.

Gdy w końcu znajduję drzwi z napisem: „GABINET LEKARSKI” (tyle że bez lekarza), pukam (tym razem) i naciskam klamkę. Na kozetce leży mój Kasiulek biedny. Cała rozpalona, zgięta w pół i ze łzami w oczach.

- Cześć mamuś – mówi

- Cześć kochanie – całuję ją w czoło i głaszczę po włosach. – Co się dzieje?

- Nie wiem. Okropnie się czuję. Już od paru dni, ale miałam nadzieję, że przejdzie, bo nie wyobrażam sobie, jakbym teraz, przed wylotem mogła zachorować. Ale dzisiaj mnie rozłożyło zupełnie.

Cholera, tak pochłonął mnie Daniel i ten wylot nasz, że nie zwróciłam uwagi na to, że mojemu dziecku coś dolega. Rzeczywiście od paru dni była apatyczna i nie miała apetytu. Ale ja nawet nie kazałam zmierzyć jej temperatury. Co ze mnie za matka! Poddaję się urokowi obcego faceta, a nie zauważam chorej córki. Priorytety Alicja! Priorytety! Ale z drugiej strony, nie jestem z kamienia, też mam uczucia, też muszę mieć znajomych. Siet! Sama już nie wiem, jak to powinno wyglądać. Czy mam się oddać tylko i wyłącznie dzieciom i zapomnieć o sobie. Przecież to bez sensu! Jak ja nie będę szczęśliwa, to i one nie będą. Ale też nie mogę chyba robić czegoś ich kosztem.

Karol! Właśnie, gdyby on tu był, wszystko byłoby jakieś łatwiejsze, dużo łatwiejsze!

- Co mamuś? Mogę?

- Słucham, nie słyszałam, o co pytałaś – pogrążona w swoich myślach nie zauważyłam, że coś mówiła

- Pytam się, czy będę mogła jechać.

- Mam nadzieję, że tak kochanie. Za 15 minut mamy wizytę u lekarza, tam się dowiemy wszystkiego.

Mamy więc bilans dzisiejszego dnia:

1.Opiekunka Asi chora i nie będzie jej jutro. 2. Ja nie mam szans na wolne w pracy. 3. Kasia ma zapalenie górnych dróg oddechowych (dostała antybiotyk i lekarka powiedziała, że raczej do czasu wylotu powinna wyjść z tego, choć czeka nas za 5 dni wizyta kontrolna). 4. Basia jutro miała jechać na wycieczkę trzydniową do Poznania, ale wycieczka została odwołana, bo ponad 60% uczniów jej klasy jest na zwolnieniu lekarskim. Jakaś epidemia chyba. Boję się, żeby Asia i Basia się nie zaraziły. Odizolowałam więc Aśkę w jej sypialni i zabroniłam im wchodzić do niej.

Gdy wieczorem rozmawiałam z mamą i opowiedziałam jej całą sytuację, zaproponowała, że przyjedzie jutro rano z ojcem i wezmą dwie najmłodsze wnuczki do siebie. Zadba o to, żeby się nie przeziębiły, a i unikną zarażenia od Kasi. Pomysł super! Nawet nie zapytałam, czy na pewno nie będą przeszkadzały, bo mama spadła mi jak z nieba. To naprawdę chyba najlepsze wyjście z tej sytuacji!

- Cudowna jesteś, dziękuję – mówię pełna wzruszenia.

- Daj spokój. Kiedyś też będziesz babcią, sama zobaczysz!

Następnego dnia babcia przyjeżdża, gotuje dla Kasi zapas zdrowotnego rosołku, zostawia lodówkę pełną przepysznych obiadów (część już zamroziła), zabiera dwie najmłodsze wnuczki i wraca z nimi do siebie. „Dziękuję” to za mało, co mogłabym jej powiedzieć. Mam nadzieję, że też tak kiedyś będę potrafiła. Póki co moja kuchnia nawet się nie umywa do jej zdolności kulinarnych. Ale wychodząc za Karola, zupełnie nic nie potrafiłam gotować, teraz już jednak sobie radzę, więc może będzie coraz lepiej. Może kiedyś, może nawet, będzie mi takie „kucharzenie” sprawiać przyjemność, a wnuki będą się zjeżdżać co niedzielę, a ja będę dla nich piekła przepyszny placek drożdżowy ze śliwkami i kruszonką.

Zostajemy z Kasią same. Kilka dni później, czuje się już znacznie lepiej. Wizyta kontrolna jest obiecująca i wszystko wskazuje na to, że wszystkie wyruszymy do Australii.

Gdy babcia przywozi dziewczynki, zostaje nam tylko wielkie dopakowywanie najważniejszych rzeczy, których oczywiście nie spakowaliśmy w pakowaniu głównym, rozpoczętym przed chorobą Kasi. Potem, jak się okazuje, jeszcze raz musimy przepakować nasze walizki, bo nic się do nich nie mieści i są za ciężkie. Gdy w końcu udaje nam się dojść do ładu i składu ze wszystkim jako tako sobie poradzić, jesteśmy już tak zmęczone, że leżymy do góry brzuchem i jemy chipsy. Zachowanie zupełnie nie pro-wychowawcze, ale cóż. Who is perfect?

W nocy tak bardzo boli mnie głowa (nawet po zażyciu czterech tabletek), że budzę Kaśkę.

- Słońce, muszę jechać do lekarza, zajmiesz się dzieciakami, jak wstaną?

- A co ci jest? – pyta zaspana

- Chyba jakaś migrena, muszę wziąć jakiś zastrzyk przeciwólowy

- Mamuś, przecież ty masz chyba ponad 40 stopni gorączki – mówi Kasia, gdy dotyka mojej dłoni

- Co? Niemożliwe – odpowiadam – przecież jest mi okropnie zimno i mam jakieś niespotykane dotąd dreszcze

- Żebyś się tylko ode mnie nie zaraziła

- No właśnie – i po raz drugi nasz wyjazd staje w czarnych kolorach

Kaśka dzwoni po Sylwię. Mówi mi, że w takim stanie w ogóle nie powinnam wsiadać za kierownicę. Może ma i rację. Rzeczywiście, prowadzenie samochodu raczej nie skończyłoby się dobrze.

Kiedy Sylwia do nas dociera, nie jestem w stanie podnieść się z łóżka. Mam 40,5 stopnia gorączki, a leżę pod kołdrami, bo raz mi zimno a raz gorąco. Teraz aktualnie od jakiś 10 minut zimno. Wzywają pogotowie, które zjawia się po blisko godzinie. Ta godzina to dla mnie wieczność. Głowa rozpada mi się na tysiąc kawałków i pojawił się jakiś idiotyczny kaszel.

- Mamik, co ci jest – pyta Basia, którą obudziły hałasy dochodzące z mojej sypialni

- Basiu, mama jest chora – mówi Sylwia. – Lepiej idź do siebie, bo możesz się zarazić.

- Mamik, ale pojutrze lecimy

- Wszystko będzie dobrze – odpowiadam z trudem. – Nic się nie martw.

Diagnoza lekarza okazuje się być trafna (potwierdzona dla pewności kilka godzin później u lekarza rodzinnego). Nie wróży nic dobrego jednak. Zapalenie oskrzeli i początki zapalenia płuc plus skierowanie do szpitala. Z wyjazdu nici? Niemożliwe! Dziewczynki błąkają się zrozpaczone po domu.

Wieczorem, gdy lekarstwa zaczynają działać i mogę wstać z łóżka, włączam komputer i dzwonię do Karola. Wspólnie musimy ustalić strategię. Jest załamany. Tak się cieszył na nasz przyjazd.

- Ale przecież nie puścimy ich samych, to za długa podróż, jeszcze na dodatek z przesiadką. Może Basia i Kasia tak, ale Asia jest stanowczo za mała.

- One też – dodaję. – Czasami mają fiu bździu w głowie. Umarłabym ze strachu. Heathrow jest potężnym lotniskiem, mogą sobie nie poradzić. Poza tym Asia już zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje i nie wytłumaczę jej, że one pojechały, a ona nie.

- Fakt. To cholera, co zrobić. I przecież ty nie zostaniesz sama w takim stanie.

- O to się nie martw, zadzwonię do mamy albo do Sylwii. Na pewno ktoś mi tu pomoże!

- Hej, a może Sylwia!!!

- Co Sylwia?

- Może Sylwia z nimi poleci?

- Eee

- Alicja, przynajmniej jej zapytajmy

- Ma teraz kocioł w pracy, wątpię. I nie wiem, czy nie byłoby to…

- Kochanie, przynajmniej jej zapytajmy – przerywa mi w pół słowa

- Zapytać możemy, chyba – odpowiadam z wahaniem i z wyczerpaniem w głosie, bo gorączka znowu wkrada się do mojego organizmu.

Dziewczyny snują się po domu, podają herbatę, jedzenie, którego nie jem, opiekują się mną. Widząc mój stan, żadna z nich nie zapytała nawet o to, co z wylotem. Widzę jednak po ich minach, że czekają na to, co powiem.

- Mamuś, przyszła ciocia – krzyczy z przedpokoju Baśka

- No cześć staruszko! Sypiemy się powoli, co?

- Heh, chyba tak.

- I jak tam? Nastroje w domu macie grobowe!

- Ciężko się dziwić. Małe załamane, że z podróży nici.

- A czemu tak?

- Przecież nie puszczę je same!

- W życiu! Też bym ich nie puściła!

- No ale ja raczej nie polecę z nimi! – tłumaczę jej, jakby sama nie wiedziała

- To też oczywiste!

- A widzisz inne rozwiązanie? – pytam podirytowana jej dobrym humorem

- A widzę!

- A jakie? Jeśli można zapytać?

- Jedyne możliwe!

- Czyli? Nie męcz człowieka chorego!

- Ja z nimi lecę! Przyszłam dopiero o tak późno, bo załatwiałam sprawy w pracy. Teraz biegnę do domu się pakować. Wizę mam, jutro przebookujemy twój bilet i po sprawie. Dzwoniłam dzisiaj do linii lotniczych, wszystko się da zrobić!

- Huraaa! - słychać za drzwiami i trzy baby wpadają do pokoju!

- Ciociu jesteś cudowna! Najlepsza – przekrzykują się jedna przez drugą

- Kocham cię ciociu – mówi Asia i wdrapuje się Sylwii na kolana

Gdy już udaje nam się je uspokoić i wszystko ustalić, dochodzi północ. Ta noc też jest fatalna. Nie wiem, czy naprawdę nie powinnam iść do szpitala. Mamy nawet nie informuję, żeby się nie martwiła. Przecież jest teraz w sanatorium w Krynicy. Jakoś sobie poradzę!

W piątek żegnam moje cztery najukochańsze baby pod słońcem i zostaję sama! Łza kręci mi się w oku! Smutno mi jak nie wiem! Też chcę z nimi! Też chcę do mojego Karola!


środa, 22 czerwca 2011

ODCINEK 21 - OPADŁY MGŁY

ODCINEK 21

OPADŁY MGŁY

Minął tydzień, a po Danielu ani śladu. Nie odzywał się, nie pisał, nie dzwonił, nie pojawił. NIC. Codziennie jeżdżę do jego mieszkania, ale tam też NIC. Martwię się i to bardzo. Niepokoi mnie fakt, że zniknął tak bez śladu. Wkurza natomiast to, że nie mogę nic zrobić. Dziadostwo.

Dziewczynki szykują się do wyjazdu do Australii. Ja też. Zależy nam wszystkim na tym. Żeby być blisko, spędzić razem cudowne chwile, nacieszyć się sobą, odpocząć od codzienności. Już się nie mogę doczekać. I choć męczy mnie niepewność związana z Danielem, to właśnie ta podróż nastraja mnie optymistycznie.

Dzisiaj Basia ma w szkole swój pierwszy recital. W ramach DNI GÓR, które właśnie obchodzą w szkole, przygotowała utwory Starego Dobrego Małżeństwa. Idziemy więc dzisiaj wszyscy na 18.00 posłuchać Małej. Zamieniłam się w pracy na ranną zmianę i zaraz po niej zmykam do fryzjera (muszę coś zrobić z tymi włosami), a potem zabieram dziewczynki i Sylwię i lecimy kibicować Basi! Nie mogę tylko zapomnieć o kwiatach dla niej!

W bibliotece ruch jak na dworcu kolejowym. No tak, sesja zimowa za pasem, więc wszyscy ruszyli po wiedzę.

- Alicja do Ciebie – mówi Kornelia, która akurat odebrała telefon.

Trochę się zdziwiłam, że ktoś dzwoni na telefon stacjonarny w bibliotece. To się raczej nie zdarza. A może nie słyszałam mojej komórki (ale nie, przecież mam ją przy sobie – nikt nie dzwonił), więc pewnie zasięgu nie było. Może to dzieciaki, albo ktoś ze szkoły.

- Słucham – mówię, gdy już dałam radę przedostać się do aparatu.

- Cześć Alu, to ja Daniel.

- Daniel?

- Tak, przepraszam, że się nie odzywałem

- Martwiłam się

- Wiem, ja też i głupio mi, że nie wpadłem wcześniej na pomysł, żeby zadzwonić do biblioteki, ale też nie miałem sposobności

- Co się stało, wszystko w porządku?

- Już teraz tak. To nie rozmowa na telefon. Podaj mi tylko numer do siebie. Dasz radę spotkać się ze mną wieczorem?

- Jasne, że tak – mówię i podaję dziewięć cyfr, dzięki którym może się ze mną skontaktować.

- To super! O której ci pasuje? Dziewiętnasta może być!

- Jasne, poproszę Sylwię, żeby została z dziećmi

- Ok., zatem do zobaczenia

- Pa!

I tyle. Telefon zamilkł. Oprócz tego, że żyje, nie wiem nic więcej.

- Wszystko w porządku?

- Tak, chyba tak – mówię do Korneli

- Masz taką niewyraźną minę, jakby się coś stało.

- Właśnie, mam przeczucie, że się coś stało, ale nie wiem co.

- I to jest najgorsze. Niepewność. Niewiadoma. Lubimy przewidywać, lubimy wiedzieć.

- Chyba tak. Za kilka godzin się dowiem.

- To tyle jakoś wytrzymasz. Zwłaszcza, że dzień masz dziś nieźle napięty.

- Fakt – i w tym samym momencie, co wypowiadam to słowo, przypomina mi się, że przecież o szóstej jest koncert Basi! Siet!!! Wybieram szybko numer Daniela, ale nikt się nie zgłasza. Jak od tygodnia zresztą! Cholera! Czemu nie wzięłam do niego jakiegoś kontaktu. I czemu nie skojarzyłam faktów. Ale jestem wkurzona! I ciekawe, co teraz zrobię! Przecież nie zrezygnuję z występu mojej córki! To właśnie cała ja! Nie pomyślę zanim powiem! Do wieczora mam jeszcze chwilkę, może coś wykombinuję. Właściwie tylko na to liczę.

Fryzjerka sprawdziła się znakomicie! Wyglądam super! I to z dozą samokrytyki mówię! Naprawdę się sobie podobam. Pamiętam, jak niedawno przeczytałam w gazecie wywiad z jakąś modelką o tym właśnie, że uroda przemija. Jak powiedziała: „Podobałam się mężczyznom. Zwracali na mnie uwagę. O tym, że zaczęłam się starzeć i być dla nich coraz mniej atrakcyjna zorientowałam się, gdy przystojny chłopak nachylił się w moją stronę i zapytał, która jest godzina. Najgorsze jednak było to, że chodziło mu tylko i wyłącznie o to”.

Nigdy nie stawiałam urody na pierwszym miejscu, mama wpajała mi całą młodość, że wszystko co mam i kim jestem to moja wiedza i sposób traktowania innych. Dzisiaj staram się to przekazać moim córkom. I choć uczą się dobrze, martwi mnie fakt, że sprawy mody i wyglądu są dla nich priorytetowe. Może to takie czasy. Ale w życiu nie pozwolę zrobić Kaśce tatuażu. Jak już będzie na studiach, bardziej rozsądniejsza i świadoma niektórych nieodwracalnych decyzji to jak najbardziej, ale póki co to nie ma mowy.

- Bo Maja Sablewska ma! –argument mojej córki

- A kim jest ta Maja?

- Mamo! Ty jesteś z innej epoki! To będzie juror X Factor!

No to chyba jestem z innej epoki! W Polsce gwiazdami i idolami młodych są celebryci, którzy są bo bywają, bo się o nich pisze. Ok. Znam Sablewską. Była menadżerką Dody. Wiem. Pokłóciły się czy jakoś tak. Dziewczyna była dobra w tym, co robiła, ale czy to ma być idol mojego dziecka. A może przesadzam! Spytam się Kornelii – ona też ma dzieciaki w podobnym wieku.

- Ale pani ślicznie wygląda! – mówi mi opiekunka Asi

- Oj dziękuję!

- Naprawdę fantastyczna fryzura

- Mam nadzieję, że spodoba się Karolowi.

- No tak, za dwa tygodnie już lecicie.

- Niecałe. Odpocznie sobie Pani od nas

- Oj, ja bez małej to jak bez ręki. Tęsknię za nią strasznie.

- Czas szybko leci. Dopiero co były święta, a już za chwilę wylatujemy

- No właśnie. Przygrzać pani zupę?

- A poproszę. Zmarzłam strasznie, bo jeszcze szłam do kwiaciarni.

- Właśnie, piękny bukiet!

- Basia uwielbia białe róże. Ale w dwóch kwiaciarniach nie było i dopiero tutaj, na osiedlu dostałam.

- Na pewno jej się spodobają.

Zupę zjadam w pośpiechu. Dziewczynki już gotowe do wyjścia. Zastanawiam się cały czas, co zrobić z tym Danielem. A wiem! Zostawię mu karteczkę u portiera w bloku. Powinno się udać (oczywiście z załącznikiem czteropakiem dla pana na dole)!

Portier bez problemu się zgodził. Puszki z odpowiednią zawartością bardzo go ucieszyły i obiecał, że wszystkim się zajmie. Jednak mam głowę na karku! Napisałam, żeby do mnie zadzwonił ok. 20.00 to się jakoś umówimy.

Szkoła była pięknie wystrojona. Wszędzie rozwieszone były niebieskie płachty materiału, a na nich drobne światełka. Przygotowane było góralskie jadło, które za drobny datek na cele szkoły można było nabyć u uczniów. Asia zachwyciła się oscypkiem z grilla z żurawiną. Ja z Kasią zjadłyśmy pajdę chleba ze smalcem. Ale nam smakowało.

Potem zasiadłyśmy na widowni w pierwszych rzędach, żeby jak najlepiej widzieć naszą Basieńkę! Występowało kilka osób ze szkoły. Każda prezentowała coś innego. Były wiersze Tetmajera, fragmenty Witkacego, piosenki Wolnej Grupy Bukowina i wiele wiele wyśmienitych występów. Basia śpiewała cztery utwory.

„jak po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem

jak na szyi wędrowca apaszka szamotana wiatrem

jak wyciągnięte tam powyżej gwiaździste ramiona wasze

a tu są nasze a tu są nasze”

Serce mi mocniej zabiło, gdy usłyszałam głos mojej córki. Grała na gitarze i śpiewała. Czysto i przepięknie. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak potrafi. Tak wyjątkowo, nieskazitelnie! Publiczność zamarła. Byłam z niej taka dumna.

Niedługo po pierwszym utworze, znowu pojawiła się na scenie. Widownia przywitała ją oklaskami. A ona sama na scenie, z instrumentem w dłoni, śpiewała idealnie, rewelacyjnie.

„Opadły mgły i miasto ze snu się budzi,

Górą czmych już noc.

Ktoś tam cicho szepta by ktoś powrócił

Do gwiazd jest bliżej niż krok.

Pies się włóczy popod murami – bezdomny

Niesie się tęsknota czyjaś na świata cztery strony”

Refren śpiewała razem z publicznością:

„A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy

Toczy, toczy się los!

Ty co płaczesz, ażeby śmiać mógł się ktoś

Już dość! Już dość! Już dość!

Odpędź czarne myśli!

Dość już twoich łez!

Niech to wszystko przepadnie we mgle!

Bo nowy dzień wstaje

Bo nowy dzień wstaje

Nowy dzień!”

Gdy skończyła, wszyscy wstali. Dostała owacje na stojąco! Asia pobiegła z kwiatami do niej, a ona – stała taka drobna, wiotka, skromna i cieszyła się, że się podobało.

- Byłaś fantastyczna – powiedziałam do niej, gdy już występy się skończyły!

- Szkoda, że nie było tatusia!

- Wszystko mu opowiemy i mamy płytkę z nagraniem! Na pewno byłby z ciebie dumny. My też jesteśmy! My też! – i uściskałam ją mocno

- Super siostra – pogratulowała jej Kasia – zachwyciłaś wszystkich! Niezła jesteś! Śpiewaj, a ja będę twoją menadżerką!

I w tym momencie zaświtało mi w głowie przekonanie, że to może być prawda! Kasia rewelacyjna jest w organizacji, uwielbia działać, coś robić. Pytanie tylko czy swoje plany o architekturze porzuci na rzecz bycia drugą Mają S.

Sylwia także miała dla Basi kwiaty i prezent – wspaniały kostium kąpielowy. Jak się potem okazało, kostiumy miała dla nas wszystkich. Boże, co ja bym bez tej Sylwii zrobiła, wspaniała! Taka prawdziwa ciocia.

Było już po 20.00. Dopiero wówczas spojrzałam na telefon. SMS od Daniela, z jakiegoś nieznanego mi numeru: „Dostałem wiadomość w kopercie od lekko podchmielonego portiera ;) Czekam na twój telefon. Trzymam kciuki za Basię. D.”

Zadzwoniłam. Umówiłam się z nim na dziesiątą. Dzieci już będą w łóżkach i zostawię je pod opieką Kasi.

W drodze do domu kupiłyśmy tort czekoladowy. Zjadłyśmy prawie cały i popijałyśmy ciepłą herbatką lub mlekiem. Sylwia pomogła mi położyć Asię spać i pojechała do siebie. Kasia i Basia gadały jeszcze w łóżkach, gdy wychodziłam.

- Kasiu, tylko słuchaj, czy mała nie płacze i nie siedźcie długo, bo jutro do szkoły.

- Dobrze mamuś! Pa!

Daniel czekał pod blokiem.

- Cześć – powiedział

- Cześć – poczułam, że to całe zmartwienie ze mnie opadło, jak bardzo mi ciążyło i zdałam sobie sprawę, że naprawdę się o niego martwiłam.

Chwilę później siedzieliśmy w restauracji i opowiedział mi całą historię.

- Mieliśmy w pracy sytuację podbramkową i musiałem lecieć do Chicago. Było to tak nagłe, że nikogo nie powiadomiłem. Stwierdziłem, że zadzwonię już ze Stanów. Ale zaraz po wyjściu z lotniska, ktoś ukradł mi kurtkę. Pech chciał, że miałem tam wszystkie dokumenty, telefon i pieniądze.

- Kurcze…

- Na szczęście miałem jeszcze jedną kartę kredytową wsadzoną w tylnią kieszeń spodni. To mi uratowało życie. Najpierw pojechałem do firmy w Chicago, zadzwoniłem stamtąd do mojego szefa, pomogli mi załatwić paszport tymczasowy i wizę. Ale zamiast dwóch dni, spędziłem tam cały tydzień. Tyle trwało załatwianie formalności.

- Niezła przygoda

- To była masakra. Gdyby nie firma, która pomogła mi w formalnościach, byłoby kiepsko.

Gdy się zorientowałam, dochodziła 2 nad ranem. Właśnie zamykali restaurację. Wyszliśmy na zewnątrz. Jeszcze przez godzinę spacerowaliśmy po mieście. Noc była zimna. Daniel otulił mnie swoim ramieniem, żeby mnie rozgrzać. Na chwilę przystanęliśmy pośrodku Ogrodu Saskiego.

- Chciałbym cię pocałować – powiedział i delikatnie dotknął mojej twarzy swoimi dłońmi.

- Ja też tego pragnę – odparłam i schyliłam głowę. Daniel pogłaskał moje włosy, przytulił do siebie i poszliśmy dalej.

Tego wieczoru już nie rozmawialiśmy w ogóle. Słowa były zbędne. Cisza wystarczała. Mówiła więcej.